Portal - Stary Sącz
polski Piątek - 3 kwietnia 2020 Pankracego, Renaty, Ryszarda     
Menu
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Rozmowa z Panem Janem Magierą
Strona tytułowa
Kochane Dzieci
Szukając swojej tożsamości
Bezżenność dla Królestwa Bożego
Moje spotkanie z Ojcem....
Ikona Zmartwychwstania
Nauczanie Jana Pawła II wciąż żywe
Po jerozolimskich śladach Zbawiciela
Okiem 40-latka
Recytatorskie deja vu…
Wielkanoc - 2010
Kalendarium - kwiecień
Ksiądz Roman Stafin - Moja Msza Święta
Zaproszenie na świąteczną wycieczkę - Dobra k/Limanowej
Historia Parafii pw.św.Elżbiety w Starym Saczu od XIII wieku do 1786 r. (5)
Starosądeckie Dni Księdza.Józefa Tischnera
Teatralny sukces Gołkowic
Rocznica katyńska w Starym Sączu
Afrykańskie spotkanie w Klubie Seniora
Wieści ze Szkoły Muzycznej I stopnia w Starym Sączu
Diecezjalny konkurs >Ślad kapłana w moim życiu<
Inauguracja Roku Chopinowskiego
Ogłoszenia i Kronika parafialna

.
„Przyjaciół nigdy nie ma się za dużo”
ROZMOWA Z PANEM JANEM MAGIERĄ
 
    Jest Pan legendą sportu, najpopularniejszym kolarzem szosowym końca lat sześćdziesiątych XX wieku.
Z talentami ponoć się człowiek rodzi, ale życiowe pasje trzeba rozwijać i im pomagać.
Chcąc przypomnieć, a niektórym Czytelnikom zapewne przedstawić, wspaniałą postawę człowieka z pasją uprawiającego kolarstwo, poprosiłam mieszkającego w Mostkach p.Jana Magierę o opowiedzenie swojej historii.
W gościnnym domu państwa Wandy i Jana wspominaliśmy niegdysiejsze czasy, z rozrzewnieniem, ale i z poczuciem radości, z niezwykłych dokonań bohatera tego wywiadu.
.
.
Proszę o przedstawienie swoich rodzinnych stron.
    - Urodziłem się 30 września 1938 roku w Jelnej. To okolice Jeziora Rożnowskiego. Chcąc tam dojechać w Siennej trzeba skręcić w prawo. Będąc już w Jelnej trzeba jechać trzy kilometry do góry. Domy są rozrzucone po górach i w takim właśnie niedostępnym miejscu mieszkałem. Szczególnie zimą, nawet i dzisiaj dojazd tam jest bardzo utrudniony. Chociaż jest już w domu prąd i woda, to jednak warunki nie są łatwe. Z domu miałem trzy kilometry do szkoły. Miejsce było bardzo spokojne i przyjemne. Dzisiaj gospodarują tam moi bratankowie, którym (duże jak na owe czasy, ośmiohektarowe gospodarstwo) przekazał mój starszy brat. Ojciec był wielkim miłośnikiem i zapalonym hodowcą koni. On bez koni nie mógł żyć. To była jego wielka pasja.
Było nas dziesięcioro rodzeństwa: trzy siostry i siedmiu braci.
 
Skąd więc u Pana pasja do roweru?
    - To, że zacząłem uprawiać kolarstwo, sprawił przypadek. Chodząc do Zasadniczej Szkoły Metalowo - Budowlanej mieszczącej się na ul.Pijarskiej w Nowym Sączu miałem kolegów, którzy już posiadali rowery. Mnie, przy pomocy rodzeństwa, udało się kupić zwykły rower, składany z różnych części, oczywiście bez marki. W wolnym czasie robiliśmy wycieczki, szczególnie w niedzielę. W szkole uprawiałem lekkoatletykę. Miałem dobre wyniki w biegach średnich, a zdecydowanie nie lubiłem sprintów. Oczywiście, jak to w szkole, był również rzut oszczepem, skoki w dal i wzwyż. Po ukończeniu nauki poszedłem do wojska i trafiłem do jednostki lotnictwa pod Radomiem. Tam, po roku służby okazało się, że jest możliwość kontynuowania jazdy na rowerze. Zorientowałem się, że kilku kolegów, po obowiązkowych zajęciach, wyjeżdża w cywilnych ubraniach z jednostki - na rowerach. Zapytałem ich jakim to sposobem? Odpowiedzieli, że w mieście jest klub z sekcją kolarską i że jest taka możliwość. To był rok 1961. Poprosiłem o przepustkę do miasta, pojechałem do klubu „Czarni” Radom i zapytałem: „jak mogę się do nich dostać?”. W odpowiedzi usłyszałem, że jak będę miał rower, ubiór (wszystko trzeba było mieć swoje), to oni wystąpią z pismem do jednostki, żeby mnie zwalniali na treningi i zawody. W ten sposób się zaczęło. Przywiozłem z domu ten swój za mały rower. Na jednym z pierwszych wyścigów w Radomiu zgubiłem siodełko, bo było za dużo wyciągnięte i rura za mało była w ramie.
W późniejszych latach w tej samej jednostce wojskowej był Rysiek Szurkowski.
Po prostu lubiłem jazdę na rowerze i przy życzliwej, stosownej atmosferze zacząłem trenować kolarstwo. Dowódca jednostki był kibicem, raz w roku organizowali kryterium na lotnisku, na bocznych pasach. Po mojej wygranej, przy dużej ilości zawodników z zewnątrz, dowódca cieszył się z mojego sukcesu.
A pani Wanda dopowiada: do Starego Sącza, a dokładniej do Mostek, z Radomia przyjeżdżał na randki rowerem.
 
A to gdzie i jak się Państwo poznali?
    - W Łącku na „Dniach Kwitnącej Jabłoni”. Pojechałem tam z kolegami, oczywiście na rowerach.
    - A ja - mówi p.Wanda - pojechałam z siostrą - również na rowerach. Był tam także kiermasz książek. Można było jakąś wylosować. Ja wylosowałam „W pierwotnej puszczy” - tytuł pamiętam do dzisiaj. A za chwilę podeszli do nas chłopcy z rowerami - i tak to się zaczęło! To był rok 1958 - wspomina p.Wanda.
W 1959 poszedłem do wojska, a po odbytej służbie przez rok byłem w klubie „Broń” Radom. To był dobry klub kolarski, trenowaliśmy kolarstwo torowe. Był tam wówczas tor betonowy, jeden z czterech torów kolarskich w Polsce. W moim czasie były jeszcze wyścigi za motorami na torze, bardzo ciekawe i emocjonujące. Ale ogólnie dla mnie była to dyscyplina monotonna. Jazda na torze dała mi jednak dobre przygotowanie techniczne, gdyż przy znacznie większej prędkościach podczas wyścigów, lepiej opanowuje się rower. Tam potrzebny jest dobry refleks. Na wirażu, na zakrętach trzeba bardzo uważać, a jednocześnie opracować sposób ich pokonywania.
Następnie przeniosłem się do Krakowa, gdzie w klubie Cracovia też startowałem na nieistniejącym już dzisiaj torze, ale również na szosie.
Bardzo szybko znalazłem się w kadrze Polski, byłem wybrańcem, chociaż nie byłem dobrze przygotowany technicznie do tych wielkich imprez, a tu od razu Wyścig Pokoju i wiele innych startów.
 
To dla chłopaka „z gór” to był wielki awans. Po prostu był Pan dobry!
Zapewne trening w młodości - trzy kilometry z górki i pod górkę, też swoje zrobił?
    - Myślę, że te trudne warunki spowodowały, że fizycznie byłem dobrze przygotowany, bo nieświadomie, ale jednak trenowało się wytrzymałość.
 
Myślę, że w domu, jak to się potocznie mówi: „na gospodarce”, też nie oszczędzano młodego człowieka, tylko brał udział różnych, często nie lekkich pracach?
    - Oczywiście uczestniczyłem we wszystkich gospodarskich zajęciach. W sianokosach, żniwach, wykopkach buraków czy ziemniaków. No i oczywiście w stajni też pomagałem.
 
    Rozmawiając oglądamy liczne fotografie, a pan Jan objaśnia: „o tutaj zdjęcie zrobione, gdy Rosjanie zmieniają mi koło na Wyścigu Pokoju, na etapie do Bielska. Miałem defekt, a mój wóz techniczny był daleko z tyłu. Rosjanie, mimo że byli przeciwnikami - widząc co się stało - pomogli mi.
 
Jest Pan z tego znany, że w czasach wyczynowego uprawiania kolarstwa był Pan niezwykle lubiany i... elegancki. Tak też jest i dzisiaj. Zawsze emanuje Pan spokojem, skromnością i dobrocią. Można by mnożyć te określenia.
    - Gdzie byłem, zawsze starałem zachowywać się stosownie, a to zyskuje sympatię otoczenia. Przyjaciół nigdy nie ma się za dużo! Kolarstwo jest takim sportem niby indywidualnym, ale bez pomocy, to też niewiele można zrobić. Dlatego w peletonie, czy w ogóle na wyścigu jest taka zasada, że trzeba być twardym. Warunki pogodowe na szosie nieraz są takie, ze trzeba być bardzo bezwzględnym, bo inaczej zostawią człowieka do drugiej, trzeciej grupy. Ale z kolei trzeba być fair, bo jeśli się jest „w porządku”, to współzawodnicy wiedzą, że jeśli zajdzie potrzeba, to się drugiemu pomoże.
 
Pan Jan zaprzecza i twierdzi, że określenia użyte przeze mnie, to jedynie pozory. Nie zgadzam się z tym, gdyż podczas naszej ponad dwudziestoletniej znajomości, od kiedy to w rękach Mistrza, były moje rowery, od składaka poczynając i wózek inwalidzki mojego męża, dał się poznać, jako człowiek niezwykle uczynny, pracowity i skromny - mimo sławy zdobytej jako świetny kolarz. Gdy o tym wspominam Gospodarz zaczyna opisywanie kolejnych fotografii:
- To są zdjęcia pierwsze z Rosji. Byliśmy na tourne po całym południu. Jechaliśmy od Kijowa, przez Jałtę, Odessę...; tutaj Jerzy Grundmann z Wrocławia - jeden z największych talentów na torze.
 
To nie jedyne serdeczne i dobre słowa o swych kolegach. Opowieść o ich losach przewija się niejednokrotnie w naszej rozmowie.
Miał Pan jedną z najdłuższych karier zawodniczych w kolarstwie...
    - Zacząłem w roku 1961  a zakończyłem w 1972 r. Czyli jedenaście lat.
Przejechałem dużo wyścigów. Wyścig Dookoła Polski - pięć razy. Były również Wyścigi: Dookoła Kanady, Dookoła Meksyku, Francji, Słowacji, Anglii, Szkocji. Na Mistrzostwach Świata w Kolonii w Niemczech i San Sebastian w Hiszpanii, startowałem jako jedyny z polskiej ekipy na torze (na 4 km) i na szosie. Nie osiągaliśmy jeszcze wtedy większych sukcesów, ale sam udział też się liczył.
Gdy już zostałem asystentem trenera Walkiewicza przyszedł pierwszy, wielki sukces: w Barcelonie wygrał Rysiek Szurkowski i polska drużyna zdobyła mistrzostwo świata.
.

.
Co w związku z uprawianiem sportu było dla Pana największym przeżyciem?
    - Dużym zaskoczeniem dla mnie był fakt, iż szybko zostałem włączony do kadry narodowej i dzięki temu wielokrotnie reprezentowałem Polskę na różnych zawodach, co stanowiło dla mnie wielki zaszczyt. Brałem udział w Wyścigach Pokoju, Mistrzostwach Świata i dwukrotnie w Igrzyskach Olimpijskich.
 
W tym miejscu muszę przytoczyć Pana największe osiągnięcia sportowe.
Mistrzostwa Polski:
trzykrotny Mistrz Polski: w roku 1961 (4 km w drużynie), w 1966 r.(szosa indywidualnie), w 1970 r. (jazda indywidualna na czas); trzykrotny srebrny medalista: jazda indywidualna na czas (1971), 4 km w jeździe indywidualnej (1961, 1966); trzykrotny brązowy medalista: tandemy (1961 r.), 4 km indywidualnie (1964); 1 km (1966)
Tour de Pologne:
 1964: 3. miejsce; 1966: 2. miejsce; 1969: 10. miejsce.
Wyścig Pokoju:
pięciokrotny udział (od 1965 do 1969)
drugie miejsce w drużynie (1965, 1966)
zawodnik zwycięskiej drużyny (1967, 1968)
trzecie miejsce indywidualnie (1967, 1968)
zwycięstwo etapowe Puławy-Radom (1968)
Pięciokrotny uczestnik Mistrzostw Świata w latach:
1964, 1965 (tor), 1966, 1967 i 1969 w Brnie, gdzie drużyna, w której startował zajęła w kolarstwie szosowym czwarte miejsce. 
Uczestnik letnich Igrzysk Olimpijskich:
Tokio (1964) i Meksyku (1968)
 
Nasz Olimpijczyk wspomina, jak stwierdził: „ostatnie najpiękniejsze igrzyska”
    - Wówczas wszyscy byli obecni tak na rozpoczęciu, jak i na ceremonii zakończenia igrzysk. Uroczystości te, to były wielkie wydarzenia, do których organizatorzy przywiązywali ogromną wagę i chcieli, aby wszyscy zawodnicy w nich uczestniczyli.
W Tokio Japończycy przygotowali dla wszystkich uczestników rowery turystyczne, damskie i męskie. Kiedy komu czas pozwalał, wsiadał na rower i jechał gdzie chciał: do miasta, w góry - komu gdzie pasowało. Obowiązywał tylko reżim treningowy i startowy. W Japonii byliśmy miesiąc przed igrzyskami - dla aklimatyzacji, a przez drugi miesiąc trwały zawody. W Meksyku było tak samo z tym, że igrzyska trwały nieco krócej. Wszyscy uczestnicy byli na zakończeniu, na stadionie olimpijskim i dopiero następnego dnia rozjeżdżaliśmy się.
Meksyk to piękny kraj i wspaniali ludzie. I na tych igrzyskach zawodnicy mieli pełną swobodę poruszania się, zwiedzania. Niestety, na następnych letnich igrzyskach w Monachium i Moskwie już tak nie było.
 
A kiedy miał Pan czas na życie rodzinne?
    - Ślub wzięliśmy w 1964 r. Następnego dnia pojechałem na Wyścig Dookoła Holandii. Niestety, jako zawodnika kadry narodowej obowiązywał mnie stosowny regulamin i nie mogłem zrezygnować z zaplanowanych reprezentacyjnych wyjazdów z ekipą. To była moja podróż poślubna. Niestety, żona została w domu.
Pani Wanda dopowiada: w domu mąż bywał. Czasem - jak na tym zdjęciu, Jan był strasznie poobdzierany i musiał leczyć rany... „wtedy wracał” - dodaje z humorem p.Jan. Tutaj jeszcze stał stary dom, mój dom rodzinny i mąż suszył te rany wygrzewając się na słońcu. Jak to wszystko podeschło, po trzech dniach spakował manatki i... na wyścig. Wszystkie rany popękały, krew się lała, ale obowiązek wzywał.
 Bardzo lubiłem jazdę na rowerze, chociaż bywały takie chwile, że na rower nie można było patrzeć. Mogłem jeździć przez tyle lat, dzięki wyrozumiałości mojej żony, gdyż nie jest łatwo pogodzić obowiązki domowe, wychowanie dzieci i sport. Jej wspaniałej postawie, zrozumieniu i dzięki temu, że sama (za nas dwoje) dźwigała codzienne obowiązki, zawdzięczam tak owocną długą karierę.
Czasem tylko, wraz z innymi żonami sportowców, towarzyszyła mi żona w czasie zgrupowań zimowych w Zakopanem, czy w Ciechocinku na rehabilitacji leczniczej zawodników, po startowym sezonie.
.

.
Pan Jan jeździł wspaniale na czas. 24 maja 1968 r. dane mi było oglądać, słynnego już wtedy Magierę, na trasie 49 kilometrowego „etapu prawdy” Wyścigu Pokoju z Puław do Radomia. Wygrał ten etap (z przeciętną prędkością 41,437 km/godz.) pokonując wielkich rywali , czym przyczynił się do zdecydowanego zwycięstwa polskiej ekipy.
Jako kapitan drużyny Polski (którym był przez osiem lat), zawsze o nieskazitelnych manierach, tak zdopingował swoich kolegów, że wszyscy (Bławdzin, Czechowski, Hanusik) pojechali znakomicie wygrywając z drużyną NRD o 7 minut i 15 sekund.
Jan Magiera był w tym wyścigu trzeci (podobnie jak w 1967 r.). Przegrał z Peschelem tylko o 54 sekundy!
Na stadionie w Warszawie witały go transparenty z napisami: „Janek Magiera Polskę rozwesela”. „Niech nam żyje zespół Polski - 100 lat, jak Ludwik Solski”. Zdjęcia z widniejącymi na nich wymienionymi wyżej napisami, jak i inne pamiątki p.Jan przechowuje pieczołowicie, a mnie, przy ich oglądaniu, cisnęły się do oczu łzy wzruszenia. Ile pasji, energii i pracy trzeba włożyć, aby móc się cieszyć takimi sukcesami!
W tymże roku p.Jan Magiera zdobył tytuł najlepszego polskiego kolarza (w klasyfikacji PZKol i Challenge Przeglądu Sportowego).
 
Jak przebiegała późniejsza Pana droga?
    - Od 1972 r. po zakończeniu kariery zawodniczej zostałem trenerem, asystentem W. Walkiewicza (1973-1974), a następnie przenieśliśmy się z żoną z Krakowa do Dębicy. Jako trener klubu Stomil Dębica (1974-1981) doczekałem się najlepszej drużyny w Polsce. Klub nasz drużynowo wygrał Wyścig Dookoła Polski, w którym startowały dwie reprezentacje Polski. W KS Stomil były największe talenty. Niestety wprowadzony został stan wojenny i sześciu zawodników zostało za granicą. Jeden z nich Zbigniew Kraśniak, był ośmiokrotnym mistrzem Francji w przełajach. Obecnie jeździ jego córka.
Niestety, żadna z naszych córek (Małgosia, Agata i Paulina), nie poszła w ślady taty. Paulina jeździła na łyżwach i turystycznie na rowerze - mówi p.Wanda.
 
Od kiedy mieszkacie Państwo w Mostkach?
    - W 1982 roku przeprowadziliśmy się do Mostek koło Starego Sącza, wybudowaliśmy metodą gospodarczą nowy dom, zasadziliśmy drzewa, zaplanowaliśmy ogród... ale nie mamy syna tylko trzy córki i sześć wspaniałych wnuczek. Pragniemy doczekać się prawnuków.
    W tym czasie w Starcie Nowy Sącz działała jeszcze sekcja kolarska, w której udzielałem się społecznie, bo było jeszcze kilku zawodników. Po roku sekcja ta została rozwiązana, a ja wyjechałem na półtora roku do Stanów Zjednoczonych zapracować na budowę domu. Niestety, kolarstwo wtedy nie przynosiło dochodów, był to sport amatorski dający jedynie satysfakcję i drobne upominki.
A po latach, ówcześni zawodnicy, z tytułu uprawiania sportu nie otrzymują w Polsce żadnych dodatków do renty, czy wypracowanej emerytury. Najpiękniejsze lata życia poświęcone wówczas na ciężkie treningi, życie podporządkowane sportowi, nie dają niestety gratyfikacji finansowej, w czasie, gdy bycie wybitnym seniorem sportu jest nie tylko pasmem radości. Częste są przypadki nie radzenia sobie z brutalną rzeczywistością po zakończeniu kariery sportowej. Tak stało się z wieloma „chłopcami z tamtych lat”. Inaczej jest w innych krajach. Niestety, nie stać nas często na wzięcie udziału w imprezach, na które nas zapraszają organizatorzy informując, ze można zarezerwować sobie nocleg w hotelu za cenę... nie do przyjęcia dla naszych emeryckich portfeli.
Ale nie narzekajmy. Uczestniczyłem w jubileuszu 80-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego i wielu innych uroczystościach. Ogromnie sobie cenię tytuły Zasłużonego Mistrza Sportu, Honorowego Seniora KS Cracovia i trzykrotny złoty medal za Wybitne Osiągnięcia Sportowe.
    Po zakończeniu obowiązków trenerskich, po zakończonej karierze miałem trochę spotkań w szkołach i na lokalnych imprezach rowerowych organizowanych dla młodzieży oraz brałem udział w kryteriach dla weteranów np. w Ochotnicy.
 
Wiem, iż do firmy Sprzedaż i Serwis Rowerów - Jan Magiera, którą najpierw w domowym garażu, a potem na ul. 11 Listopada w pobliżu starosądeckiego Rynku prowadził Pan po powrocie z USA, szli ludzie i cieszyli się, że mogą się z Panem spotkać.
    - To było bardzo miłe. W okresie letnim przyjeżdżało bardzo dużo turystów z zagranicy, którzy się bardzo interesowali i znali mnie z dawnych lat, chociażby z gazet. Wielu chciało zrobić sobie ze mną zdjęcie, dostać autograf. Kilka razy byli Szwedzi, Niemcy, Anglicy. Mieliśmy takie małżeństwo z Niemiec; przez trzy lata wypożyczali u nas rowery na 7 - 10 dni. To był również bardzo przyjemny okres w moim życiu, kontakt z kibicami, pasjonatami rowerów. To przedsięwzięcie było bardzo potrzebne, sądząc po ilości napraw.
 
Poprosiłam również naszego Mistrza Kolarstwa o kilka wskazówek i rad dla młodych adeptów tej dyscypliny. Mając nadzieję, iż ta rozmowa przyczyni się również do propagowania jazdy na rowerze, jazdy niekoniecznie wyczynowej.
    - Można powiedzieć, że do kolarstwa trzeba być ogólnie przygotowanym wszechstronnie. W tej dyscyplinie potrzebna jest szybkość, technika i wytrzymałość. Ale trzeba również traktować sport, jako życiową przygodę, a mieć wyuczony zawód.
Zalecałbym młodym adeptom, aby nie zaczynali zbyt intensywnych jazd. Na początek proponowałbym ogólne przygotowanie, do którego rower byłby wspaniałym dodatkiem, którego techniczne opanowywanie będzie stopniowe. Wraz z kolejnymi treningami można wydłużać dystans, pamiętając o drodze powrotnej, żeby nie wracać resztkami sił, bo to zniechęca do następnego wyjazdu.          
Do kolejnego sezonu należy przygotowywać się także w zimie, korzystając ze wszelkich możliwych sposobów: długich spacerów, sali gimnastycznej, basenu, nart, czy roweru stacjonarnego.
 
Rower to nadal Pana pasja, nigdy się Pan z nim nie rozstał.
    - Obecnie nie jeżdżę już tak regularnie jak dawniej. Zależy to też od pogody, nastroju, samopoczucia. Jest to już jazda dla przyjemności, bez żadnych zobowiązań, że muszę dzisiaj przejechać 50 czy 80 kilometrów. Już mnie to nie bawi, żeby być tak zdyscyplinowanym. Dystans 30 - maksimum 50 km zadowala mnie całkowicie. Najchętniej jadę do Gołkowic, potem na Gaboń, Skrudzinę, bo tam nie ma dużego ruchu samochodów, a ścieżek rowerowych niestety u nas brakuje. Zdecydowanie wolę jazdę po szosie, niż po drogach leśnych na tzw. rowerach górskich.
 
Czy jesteście Państwo czytelnikami „Z Grodu Kingi”?
    - Tak od samego początku i uważamy to czasopismo za bogate źródło informacji o naszym mieście, ludziach i nie tylko. W każdym numerze jest wiele rzeczy wartych przeczytania. Tą drogą pragnę przekazać wszystkim amatorom i miłośnikom jazdy rowerowej serdeczne pozdrowienia i życzę wszystkim rodzicom, aby zachęcali swoje dzieci, także własnym przykładem, do korzystania z tego rodzaju rekreacji dla zdrowia, kondycji i dobrego samopoczucia.
 
    Dziękując serdecznie za miłą atmosferę naszych spotkań i przekazane informacje mam nadzieję, że rozmowa ta przyczyni się tak do propagowania turystyki rowerowej, jak również będzie sprzyjać podejmowaniu inicjatyw dla tworzenia tras - bezpiecznych ścieżek rowerowych, niekoniecznie po leśnych, górskich ostępach, ale również dla seniorów, rodzin z młodszymi dziećmi i młodzieży. Słowem dla wszystkich, dla których p.Jan Magiera - wspaniały kolarz i człowiek - jest wzorem i przykładem.
Jolanta Czech
Interaktywna Polska
Webmaster: Jan Czech