Portal - Stary Sącz
polski Piątek - 3 kwietnia 2020 Pankracego, Renaty, Ryszarda     
Menu
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Rozmowa z Iwoną Macałką - podróżniczką
Strona tytułowa
Kochane Dzieci
PAŹDZIERNIK
Październik - miesiąc różańcowy
Ku wyżynom!
Caritasowa prośba
Ogłoszenia i Kronika parafialna
Kalendarium - październik
Ksiądz Roman Stafin - Moja Msza Święta
KONKURS >Jan Paweł II - Odwaga świętości<
> Jan Paweł II - odwaga świętości <
Benedykt XVI w Wielkiej Brytanii
Pożegnanie lata w Cyganowicach
Okiem 40-latka
Uroczyste otwarcie odnowionego budynku >SOKOŁA<
PIELGRZYMKA DO WŁOCH - 31 października - 8 listopada 2010 r.
Spotkanie z folklorem Czarnych Górali
30 lecie Solidarności - koncert Andrzeja Rosiewicza
Most przyjaźni Keszthely - Stary Sącz
Felieton sercem pisany - spotkanie po 50 latach...
SPOTKANIE W GOŚCINNEJ >GALERII POD GNIAZDEM<
Historia Parafii pw.św.Elżbiety w Starym Saczu od XIII wieku do 1786 r. (10)

.
„MOJA PODRÓŻ PRZEZ ŻYCIE”
Rozmowa z Iwoną Macałką - podróżniczką
 
.

.
Wiedzę zdobywamy od samych narodzin, uczymy się przez całe życie i na każdym etapie ziemskiej wędrówki to edukacja stanowi oś egzystencji. Tegoroczne wakacje, które są czasem wytchnienia od codziennych, zgodnych z harmonogramem zajęć, są już za nami. Dzieci i młodzież wróciły do przedszkoli i szkół, studenci na uczelnie. Ale czas leci tak szybko, że pora już zacząć myśleć o przygotowywaniu następnych wypraw i wędrówek - bliższych i dalszych. Tym bardziej, że: „podróże kształcą”. Jesień, także jesień życia, może być piękna i często to od nas zależy, jak ją zagospodarujemy.
Pomocą w działaniu niech będzie przykład p.Iwony Macałki, którą z wielką radością chcę przedstawić szanownym Czytelnikom.
 
Jakie są Twoje związki ze Starym Sączem?
    - Stary Sącz to miasto mojego dzieciństwa i młodości. Tutaj ukończyłam szkołę podstawową i Liceum Ogólnokształcące. Czuję się bardziej starosądeczanką mimo, iż urodziłam się w Nowym Sączu w 1970 roku. Po liceum, jako dalszy etap kształcenia, wybrałam Wydział Pielęgniarstwa w Liceum Medycznym w Zakopanem. Zdobyłam zawód pielęgniarki, ponieważ już od czasów ogólniaka marzyłam o tym, żeby wyjechać na misje, by pomagać ludziom potrzebującym w Afryce. Potem zrozumiałam, że pomagać bliźniemu można wszędzie; czasem nawet pracując w szpitalu, potrzymanie pacjenta za rękę dodaje mu otuchy i siły w pokonywaniu choroby. Doznałam tego pracując najpierw w Domu Opieki Społecznej im.Heclów, a później, przez dwa i pół roku w Szpitalu im.Jana Pawła II. Ciągle jednak tliła się we mnie myśl o podróżach, nauce angielskiego i pomocy najbiedniejszym. Aby uczyć się angielskiego, w 1994 roku wyjechałam do Londynu. Życie w wielkim mieście bardzo mi się spodobało, postanowiłam zostać dłużej, co wiązało się z podjęciem pracy i decyzji co do przyszłości. Najpierw pracowałam jako opiekunka do dzieci. Praca ta bardzo mi odpowiadała i postanowiłam zdobyć drugi zawód. Dlatego ukończyłam Early Years Care&Education NVQ i zaczęłam pracować w przedszkolu dla dzieci specjalnej troski. Po przepracowanych tam dwóch latach, otrzymałam propozycję pracy w Bayonne Nursery School w londyńskiej dzielnicy Fulham, gdzie pracuję jako przedszkolanka oraz koordynator współpracy międzynarodowej. W 2007 roku ukończyłam licencjat na Kingston University z zakresu wychowania przedszkolnego. Aktualnie zdobywam kolejne kwalifikacje - jestem studentką studiów magisterskich Degree in Early Years.
 
Skąd wzięła się u Ciebie pasja podróżowania; czy to efekt dziecięcych i młodzieńczych marzeń?
    - W czasie ferii świątecznych i wakacji wyjeżdżam z Londynu. Szukam sobie takich miejsc na świecie, gdzie mogę pomóc. Są to domy dziecka, sierocińce, domy opieki społecznej; nawiązuję z nimi kontakt, kupuję bilet i… w drogę. Byłam w Indiach, Tanzanii i ostatnio w Ugandzie.
Człowiek się rodzi po to, by pomagać. Zasady musi się mieć w sobie. Ja w czasach liceum należałam do ruchu oazowego, cztery czy pięć razy byłam na tarnowskiej pielgrzymce pieszej na Jasną Górę, także już później jako pielęgniarka. Zawsze chciałam się udzielać. Jestem katoliczką i zawsze się do tego przyznaję. Należąc do polskiej parafii w Londynie pw. św.Andrzeja Boboli uczestniczę w zajęciach młodzieżowej grupy śpiewającej, przygotowujemy oprawę liturgiczną mszy młodzieżowych.
 
Jaki charakter mają Twoje podróże?
    - Moje podróże od dwóch lat wiążą się z działalnością charytatywną. Wcześniej, zaraz po wyjeździe z Polski, gdy pracowałam jako niania dla bardzo bogatej rodziny, jeździłam z nimi po świecie. Lataliśmy najlepszymi liniami lotniczymi świata, pierwszą klasą, mieszkaliśmy w najlepszych hotelach. Byliśmy na Wyspach Bahama, w Kalifornii i na Florydzie. Miałam szczęście być w miejscach, przeznaczonych dla najbogatszych tego świata. Zawsze czułam się tam bardzo swobodnie i byłam bardzo dobrze traktowana, jednak czułam, że czegoś mi w tych podróżach brakuje. Wtedy zrodziła się myśl, aby podróżując do egzotycznych miejsc, zrobić coś dobrego dla mieszkających tam ludzi.
 
Ale przecież te podróże wakacyjne, do sierocińców, domów opieki, to w rezultacie przedłużenie pracy. I gdzie tu odpoczynek?
    - Jeśli ma się pracę, którą się lubi, która daje ogromne zadowolenie, to nie jest ona tak bardzo wyczerpująca. Oczywiście każdy człowiek potrzebuje zmiany, odejścia od codzienności, także po to, aby nie popaść w rutynę. Dla mnie już pierwsze czynności, związane z organizacją podróży, stają się odpoczynkiem. Muszę wszystko przemyśleć, zaplanować i to już jest początkiem przygody. Gdy wsiądę do samolotu i zaczynam przemieszczać się w inne, nieznane mi miejsce, to w tym momencie już jest pełen relaks. Gdy zjawiam się u celu podróży - odpoczywam, pomagając innym.
 
Proszę przestawić szlak swoich „odpoczynkowych podróży”.
    - Pierwsze były Indie, potem Tanzania i Uganda.
.

.
Co było najbardziej fascynującego w podróży do tych krajów, czy gdzieś chciałabyś wrócić, czy lepiej jest poznawać nowe miejsca?
    - Mam taką ogólną zasadę, że wiedząc jak wielki i piękny jest świat, nie wracam do tych samych miejsc. Zawsze szukam czegoś innego. Gdybym miała gdzieś wrócić, to na pewno byłaby to Uganda, ponieważ byłam tam w Mulawie, w salezjańskiej placówce Dzieci i Misja Życia (Children and Life Mission), prowadzonej od 23 lat przez ks.Ryszarda Jóźwiaka. W tym Ośrodku wychowawczym dla osieroconych chłopców - „dzieci ulicy”, spędziłam tegoroczną Wielkanoc. Chłopcy są ciekawi życia w Europie i na rozmowach spędzaliśmy wiele godzin. Poznałam ich osobiste tragedie, na które byli skazani. Przeżywali piekło na ziemi, a w CALM znaleźli dobro, miłość, bezpieczeństwo i warunki niezbędne do nauki, gdyż edukacja młodych, to podstawowe zadanie formacji salezjańskiej. Każdego dnia ponad stu chłopców, w słońcu albo deszczu, przemierza kilka kilometrów do szkoły podstawowej, czy średniej. Na pokonanie tej drogi tracą czas i siły, które mogliby wykorzystać na naukę czy zabawę. Szkoły są bardzo prowizoryczne, ministerstwo edukacji nie ma pieniędzy na utrzymanie nauczycieli. W klasie uczy się od 60 do ponad 100 uczniów. Ukończenie szkoły daje jednak przepustkę do lepszego życia, dlatego mimo wszelkich uciążliwości frekwencja w szkołach jest znakomita. Salezjański Ośrodek Misyjny rozpoczął zbieranie funduszy na budowę szkoły w Namugongo, także w Polsce. Chłopcy z ośrodka prowadzonego przez polskiego księdza są bardzo wdzięczni za każdą pomoc; pragną się uczyć, aby w przyszłości zostać nauczycielami, lekarzami, księżmi, prawnikami...
Europejczycy mogliby się od tych młodych ludzi nauczyć wdzięczności i tego, jak w prostocie życia znaleźć szczęście. Oni za wszystko potrafią dziękować Bogu i ludziom.
Bardziej egzotyczne i przez to obce, ze względu na kulturę i religię, były Indie. Do wielu rzeczy musiałam się tam bardzo szybko przyzwyczaić.
 
Czy mogłabyś udzielić kilku rad, dla chcących wyruszyć w daleki świat?
    - Trzeba sobie wszystko dobrze zaplanować - to najważniejsza sprawa na początek. Dalekie podróże ludzie kojarzą z „wielkimi pieniędzmi” i bogatymi ludźmi, a to wcale nie jest tak. Jeśli bardzo czegoś chcemy, to można pokonać wszystkie trudności.
 
A językowe?
    - Na pewno to pomaga jeśli znamy język angielski, bo to jest język, którym możemy się posługiwać na całym świecie. Ale niekoniecznie; w tamtym roku byłam w Wenezueli - język hiszpański i Brazylii gdzie obowiązuje język portugalski, których absolutnie nie znam i...jakoś sobie poradziłam. Tam pojechałam do koleżanki i tylko odwiedziłam sierociniec - nie pracowałam w nim.
 
Gdzie jeszcze byłaś?
    - W Tunezji, w Maroku, na Malcie, w Grecji, we Włoszech, w Portugalii, Hiszpanii, Francji, Turcji i Indonezji.
 
A jak żyje się na Zachodzie przybyszowi z Polski?
    - Mnie się udało. Miałam w sobie to coś, co pozwoliło mi zaplanować swój rozwój, określić w czym jestem dobra, co lubię robić, w jakiej dziedzinie można zrobić karierę zawodową. Umiałam odnaleźć w sobie predyspozycje do wykonywania określonego zawodu. Niełatwo jest przekwalifikować się z zawodu pielęgniarki. W Polsce „trzyma się” jednego wyuczonego zawodu.
Gdy ja wyjechałam w 1994 r., do wejścia Polski do Unii Europejskiej było jeszcze ponad dziesięć lat. W tamtym czasie, ze znalezieniem pracy z uznaniem naszych kwalifikacji były straszne problemy. W Wielkiej Brytanii nie były one wcale rozpoznawane, a dyplomy szkół i uczelni nieuznawane. Mój dyplom pielęgniarki i staż pracy w Polsce nic nie znaczyły.
Zdecydowałam się na zdobycie innego wykształcenia i zawodu. Moja droga okazała się właściwa; odnalazłam się, praca daje mi ogromną satysfakcję. Wiąże się z podróżami, bo mimo tego, że wyjeżdżam prywatnie, to po powrocie dzielę się zdobytą wiedzą i doświadczeniami, i wrażeniami z moimi małymi uczniami w przedszkolu. Są zdjęcia, jest opowiadanie o kraju, w którym byłam. Piszę dla dzieci książeczki obrazkowe, które przybliżają im daleki świat.
 
I tym sposobem dotarłyśmy do twojej kolejnej pasji - pisania. Gdzie tkwią jej korzenie?
    - Pisanie pojawiło się w trakcie pracy z maluchami i jeszcze zanim pojawiły się podróże charytatywne. Wcześniej, gdy jechałam, aby coś zwiedzić, zawsze przywoziłam zdjęcia i swoje opowieści specjalne dla moich wychowanków.
Pierwszą książką, która zaistniała szerzej, była wydana przeze mnie w Londynie, po podróży do Indii „Wycieczka do Indii Misiaczki Rozalii”. Dla dorosłych zapisałam moje wrażenia w pamiętniku „Indyjska przygoda”.
Ale już 10 sierpnia ukazała się moja pierwsza wydana w Polsce książeczka dla dzieci pt.: „Misiaczka Rozalia na afrykańskim safari”, wydana przez Wydawnictwo „Norbertinum” w Lublinie. To także jak jej poprzedniczka o podróżach Rozalii, dwujęzyczna angielsko-polska książeczka.
W Polsce w wydawnictwie „Piktor” ukazała się: „Moja podróż przez życie”, opisująca także moje pierwsze kroki po wyjeździe z Polski.
 
Jakie masz plany na przyszłość?
    - Na razie nie mam jeszcze nic konkretnie zaplanowanego, co nie oznacza, że nie będzie nowych podróży i przygód.
 
Czy mimo tego, iż nie mieszkasz już w Starym Sączu, jesteś czytelniczką „Z Grodu Kingi”? 
    - Oczywiście, od lat czytam to starosądeckie czasopismo. Bardzo przyciąga jego szata graficzna, ciekawe, mądre artykuły. Dobrze, że będąc w świecie można skorzystać z wydania internetowego, dawniej czekało się, aż dotrze pocztą, lub dopiero była możliwość zapoznania się z nim przy odwiedzinach rodziców.
 
Co chciałabyś przekazać naszym Czytelnikom?
    - Niekoniecznie trzeba wyjeżdżać, by pomagać innym. Im więcej dajemy innym, tym więcej sami otrzymujemy! Nie koniecznie muszą to być dobra materialne, czasem więcej znaczą dobra duchowe. Ja odczuwam to sama, im więcej poświęcam czasu innym ludziom, tym czuję się bardziej dowartościowana i mniej zmęczona. Mam więcej energii do tego, by chcieć robić coś dla drugiego człowieka. Nauczyłam się być optymistką. Widząc podczas swoich podróży ogromną biedę, zaczynamy doceniać to, co posiadamy, do czego sami dochodzimy. Nie można tego przełożyć na materialne dobra, ale doceniam to, że jestem kobietą urodzoną w Europie, że mogę sama decydować o swoim życiu, że jako kobieta jestem inaczej traktowana w Europie, że mogę sobie pozwolić na takie samotne podróże, i że jest to przyjmowane zupełnie normalnie. Posiadam niewiele, ale satysfakcjonuje mnie to, że wystarcza na tyle, aby podzielić się jeszcze z innymi.
 
Czy nie zechciałabyś zostać naszą korespondentką? Może opiszesz nam, jak działa „twoje przedszkole”?
    - Bardzo chętnie. Będę się czuć zaszczycona, a dobór tematów nasuwa się sam: dzieci, przedszkole, podróże...Spróbuję. Zapomniałam jeszcze powiedzieć, że jestem członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Za Granicą.
 
    Ciesząc się niezmiernie ze spotkania, dziękując za ciekawą rozmowę, mamy nadzieję na współpracę. Chcielibyśmy, aby czasopismo „Z Grodu Kingi” było coraz ciekawsze, bogatsze w treści. Aby grono jego Czytelników rozszerzało się. Tobie życzę wszelkiej pomyślności, realizacji planów i życiowych zamierzeń.
Wracając do budowy szkoły w Namugongo w Ugandzie; dla zainteresowanych pomocą materialną dla tego dzieła podajemy ważne dane. Dotacje można wpłacać na polskie konto:
.
      50 1020 1169 0000 8702 0009 6032
Salezjański Ośrodek Misyjny
  ul.Korowodu 20
02-829 Warszawa
.
z dopiskiem: Budowa Szkoły w Namugongo
Każdy grosz na ten cel będzie bardzo cenny i przybliży realizację tego wspaniałego celu. Niebogaci Polacy mogą w ten sposób pomóc jeszcze biedniejszym dzieciom z Ugandy.
Jolanta Czech
 
Interaktywna Polska
Webmaster: Jan Czech