Portal - Stary Sącz
polski Czwartek - 2 kwietnia 2020 Franciszka, Malwiny, Władysława     
Menu
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
NAJWAŻNIEJSZE - TO NIGDY SIĘ NIE PODDAWAĆ
Strona tytułowa
Kochane Dzieci
Ogłoszenia i Kronika parafialna
LUTY - kalendarium
Kalendarium - luty
Życzenia od Sióstr Klarysek
Historia Parafii pw.św.Elżbiety w Starym Saczu od XIII wieku do 1786 r. (12)
> KRYSZTAŁY SOLI < dla > GNIAZDA <
KOLEJNA AKCJA STAROSĄDECKICH KRWIODAWCÓW
Jasełka i Wigilia zorganizowane przez ZS Drzewno-Mechanicznych i LO
Wigilia w starosądeckim Gimnazjum
Spotkania wigilijne są i po to, by moc miłości się ujawniła
VII Ogólnopolski Konkurs Poetycki >O Wawrzyn Sądecczyzny<
Powstrzymać przemoc domową
Okiem 40-latka
UE + OPS czyli jak skutecznie pomagać osobom bez pracy
KU WYŻYNOM - Miłość
Dlaczego jestem wolontariuszem?
KOLĘDNICY MISYJNI 2010
Caritas - z perspektywy minionego roku
Rok Jubileuszowy Diecezji Tarnowskiej w 225-lecie jej powstania
Ksiądz Roman Stafin - Moja Msza Święta
Proces beatyfikacyjny Jana Pawła II zakończony
Z wdzięcznością Panu Bogu za dar długiego życia
Iwona Macałka - Korespondencja z Londynu
Jasełka w parafii pw.Miłosierdzia Bożego
Świąteczne spotkanie w Klubie Seniora
Noworoczny koncert w Starym Sączu
Nowy most kolejowy na Popradzie - otwarty

.
XIX Światowy Dzień Chorego - 11.II 2011
NAJWAŻNIEJSZE - TO NIGDY SIĘ NIE PODDAWAĆ
UMIEĆ BÓL OBRÓCIĆ W SIŁĘ I RADOŚĆ
 
            „Staranie o chorych stać musi przed wszystkimi obowiązkami i ponad nimi ‘’. To polecenie polskiego papieża, Jana Pawła II, jest egzaminem zdawanym z człowieczeństwa każdego dnia. Jak go zdajemy? W związku z Dniem Chorego wzrasta zainteresowanie prasy, mediów i opinii publicznej sytuacją i problemami ludzi chorych i niepełnosprawnych; ważne, by szły za tym konkretne decyzje i działania; by człowiek czuł się potrzebny, szczęśliwy i nigdy samotny. Żeby każdy wiedział, że się o nim pamięta. Czas ten również skłania do głębszych przemyśleń egzystencjalnych, do zadawania sobie pytań: Jak żyć? Czym się kierować? Jaki ten nasz los, życie, kondycja? Jaką postawę przyjąć wobec zdarzeń losowych, choroby i innych? Na te pytania spróbujemy szukać odpowiedzi między innymi u tych, którym, mimo wielkich komplikacji zdrowotnych, udaje się czynić życie spełnionym i pięknym. Wcześniej jednak pozwólmy sobie na kilka refleksji optymistycznych, mimo że
 
„CZŁOWIECZY LOS NIE JEST BAJKĄ ANI SNEM…”
 
   Nasz czas niestety krótko trwa. Od przypadku, choroby, cierpienia, od prawa przemijania - uciec się nie da. Trzeba się liczyć z tym, że w momencie może się wszystko zmienić i nic nie jest na zawsze. Bardzo ciekawie pisze o tym hiszpański pisarz, ks.Jose Descalzo, używając często metaforycznych porównań. Twierdzi na przykład, że żyjemy, jakby jakaś niewidzialna ręka nami kierowała, a jesteśmy - jak wagoniki pędzące po torach w określonym kierunku. Coraz to ktoś przestawia nam zwrotnice i jedziemy zupełnie gdzie indziej niż chcieliśmy. Czasem coś nas zaskakuje pozytywnie, czasem kaleczy, rani i zaboli. Zawsze jednak musimy wierzyć, że to Bóg Ojciec, patrzący z innej perspektywy, przestawia zwrotnice i że określając kierunek nigdy się nie myli.
    Charakteryzując życie ludzkie autor dostrzega i prawidłowości, i zaskoczenia, między innymi te, że każdy z nas ma jakiś problem, zmartwienie, krzyż, wszyscy żyjemy z flagą opuszczoną do połowy masztu. Ktoś dźwiga balast wózka inwalidzkiego, kalectwa, choroby, inni niezrealizowane marzenia, wielu z nas nieszczęśliwą miłość, całkiem sporo troskę o pieniądze, niemało posiadanie słabej i chorej duszy. Taki już jest człowiek, trochę ułomny, obolały, nie bardzo sobie radzący z tym, jak ma żyć. Rada jest jedna: koniecznie fruwać dalej - z podciętymi skrzydłami - i przez całe życie starać się wciągnąć flagę nieco wyżej. Być żarliwym, dążyć do czegoś więcej w swych duszach i w świecie. Optymistycznie kończąc wywody autora książki; „Dlaczego warto mieć nadzieję”, można mieć pewność, że życie jest pełne tajemnic, wszystko jest po coś i ma swój cel, choć czasem głęboko ukryty. Świat podąża we właściwym kierunku, a Ktoś tam na górze czuwa nad nami.
Szereg wątpliwości i niepokojów budzi się jednak, gdy przeciwności losu uderzą z taką siłą, jakby się świat nagle zawalił. Jak wtedy się dźwignąć, co robić, by dalej żyć? Można dwojako, radzą doświadczeni. W pierwszym przypadku bezgranicznie zaufać, że „możność nasza z Boga jest”, więc; przyjąć, zaakceptować stan rzeczy, ale się nie poddawać. Mobilizować siły do bycia silnym, szukać dróg wyjścia, drzwi i rozwiązań. Mieć w sobie dużo optymizmu, żyć sprawami innych, pomagać… Uwierzyć, że wszystko jest darem i po coś.
   Drugą drogę wybiera ten, kto koncentruje się wyłącznie na swoim cierpieniu i żyje we własnym świecie. Nie obchodzą go inni, bo tylko on się liczy. Pielęgnuje swoją chorobę, „liże swoje rany”, użala się, nie próbuje niczego zmienić i chcieć wyzdrowieć. Zamyka się i poddaje rozpaczy. Zadręcza innych i siebie.
Jeśli miałby ktoś wątpliwości, którą z tych dróg wybrać, podpowiedź znajdzie w cytowanym fragmencie „Księgi Hioba”:
            „Nie zasklepiaj się w skorupie własnej niemocy.
            Istnieje bardzo wiele spraw poza Twoim cierpieniem.
            Zaufaj!
            Jest jakiś ład we wszechrzeczy.
            I w Twoim cierpieniu też.”
 
    Wiliam Szekspir napisał kiedyś: „Wiemy, kim jesteśmy, ale nie wiemy, kim możemy być”. I rzeczywiście często nie wiemy, na co nas stać, do czego jesteśmy zdolni, jak się sprawdzimy. W człowieczeństwie wciąż trzeba się doskonalić, na szczęście wzorem mogą być ci, którzy
 
UMIELI JUŻ WYBRAĆ
I DAJĄ PIĘKNY PRZYKŁAD INNYM
 
    Mowa tu o ludziach, którzy żyją wśród nas, wielcy i skromni, często niezauważalni  nawet, bo unikają rozgłosu, nie przypisują sobie żadnych zasług, choć robią bardzo dużo dobrego.  Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dźwigają krzyż niepełnosprawności i choroby, bólu i cierpienia, i z tym bagażem potrafią żyć tak pięknie. Na ile silnej woli muszą się zdobyć, można sobie wyobrazić wczytując się w słowa kapitana ż.w. Danuty Walas-Kobylińskiej, która pisze; „( …) największa fala na morzu jest niczym przy zmaganiu człowieka z chorobą. Dopiero wtedy widzimy, co tak naprawdę się liczy”. Oni tę mądrość już posiedli, znaleźli własną drogę i mogą stać się dla wielu przewodnikami życia.
Tym razem grono naszych „najdzielniejszych z dzielnych” reprezentować będą trzy osoby, ukazane takimi, jakimi ich widzimy na co dzień, w świetle obserwacji, rozmów i efektów ich działań. Nie zgodziliby się na wywiad, („skromność w wielkości mieszka”), nie chcieliby, by o nich pisać, może jednak wybaczą - poznając nasze motywacje? Nie o panegiryk, pochwały czy laurki tu bowiem chodzi, choć na wyróżnienie jak nikt zasłużyli, lecz by przykładami ich życia podbudować zagubionych i nieszczęśliwych, dodać sił i energii, wskazać wzory do naśladowania. A że w samych superlatywach? Najsłuszniej, bo panie Halinka, Krysia i pan Jasiek, jak nikt, na takie słowa zasługują.
.

.
    Pani Halina Borowska, prezes POAK, już gościła w naszej gazetce i w tym numerze też się wypowie, jako wolontariuszka, więc nasza prezentacja będzie krótsza. Jest zresztą znana i lubiana, jako wspaniała organizatorka i wrażliwa społeczniczka. Bywa wszędzie, gdzie trzeba nieść pomoc, reaguje natychmiast, pomaga, pociesza, taki jak mówią „dusza - człowiek”. Jako organizatorka jest perfekcjonistką w każdym calu, udziela się bez reszty, wszystkiego dopatrzy, przechodzi samą siebie w trosce o innych. Nie myśli o sobie, o swojej chorobie, bardzo dzielnie dźwiga jej krzyż. Ufająca Bogu i oddana ludziom zjednuje sobie życzliwość pogodą ducha, uśmiechem i dobrocią. Przeszła już bardzo dużo, wie najlepiej, ile razy trzeba pokonać samą siebie, by stawić czoło przeciwnościom. Ma tyle pomysłów i zapału, że wciąż wzbudza podziw i uznanie. Najważniejsze jednak, że daje przykład codziennego heroizmu i sposób na życie, kiedy najtrudniej.
.

.
    Drugą z osób tu przywołanych jest p.Krystyna Brynecka, zasłużony pedagog i nauczyciel biologii w LO i ZSR, nasza dobra koleżanka z pracy (dla niektórych lek na każde zło). Po prostu taki dobry, serdeczny człowiek, któremu los nie szczędził dramatów. Wczesna strata ojca, potem brata, obłożna choroba mamy i konieczność doopiekowania jej do końca, kłopoty zdrowotne rodzeństwa i jak na ironię losu, kiedy po przejściu na emeryturę można by wreszcie spokojnie pożyć, diagnoza paraliżującej strachem choroby. No cóż, los potrafi skrzywdzić znienacka i trzeba uczyć się z porażki i nieszczęścia wynieść coś pozytywnego, a także uczyć się życia na nowo.
    Trudno opisać, co się wtedy przeżyło. Szok, niedowierzanie, paraliżujący strach i ta świadomość, że trzeba przyjąć krzyż, zaakceptować cierpienie i chorobę. Pierwsza myśl to: zaufać, jak najmocniej przylgnąć, zawierzyć Panu Bogu, Matce Bożej, św. Kindze, wymadlać, błagać o wstawiennictwo, trwać w nadziei i wierze. Poddać się Bożej woli we wszystkim.
    Równocześnie zdać się na mądrość i doświadczenie lekarzy, poddać długotrwałej terapii. Znajdować w sobie siły do dźwigania się, znoszenia dolegliwości i podejmowania walki z własną słabością. Stopniowo wracać do życia jakby na nowo się rodząc, ale z większym doświadczeniem i tą pewnością, że myśli potrafią zabić, samotność pogrążyć w rozpaczy, bezczynność wpędzić w depresję. Pozostaje więc:
    - Ukierunkować się na ludzi, żyć ich sprawami, kontaktować się, spotykać. Rzucić się w wir pracy, robić wszystko z radością i pasją. Mieć dużo zainteresowań i wypełniać zajęciami każdą chwilę. Żyć z uśmiechem na twarzy, myśleć pogodnie. Angażować się w różnorakie działania społeczne. Dziękować za dar życia i cieszyć się każdym dniem.
    Na szczęście to wszystko się udaje, czasem cierpienie i choroba stają się nauczycielami życia. Pani Krysia, jako wolontariuszka, z wielką radością angażuje się w działalność Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych „Gniazdo”, szczególnie przy teatrzyku integracyjnym - współpracując w przygotowaniu trzeciego już projektu. W każdą sobotę uczestniczy w zajęciach, próbach i spotkaniach, ma podopiecznego. Wyjeżdża z grupą, opiekuje się, pomaga. Żyje bardzo twórczo i aktywnie. Stara się zawsze być sobą, porządnym człowiekiem, wiernym najważniejszym wartościom i zasadom. Wszystko zrozumie, emanuje dobrą energią i optymizmem, nic więc dziwnego, że urywają się do niej telefony, bo tak wielu potrzebna Z takim człowiekiem chce się być, za takim się tęskni, bo wierny w przyjaźni, podnoszący na duchu, życzliwy. „Nasza Krysia” należy do tych ludzi, dzięki którym życie może toczyć się normalnie i świat wydaje się lepszy.
 
POTRAFIŁ ZMIENIĆ WIZERUNEK
OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH
.

.
    Pan Jan Czech, dla wielu wzór i symbol „wózkowicza”, z niepełnosprawnością zmaga się już od 36 lat. Wcześniej bardzo aktywny młody człowiek, narciarz, łyżwiarz, kajakarz, uprawiający z pasją turystykę górską, głodny wiedzy i ciekawy świata - w momencie zmuszony do przewartościowania swego życia wskutek wypadku. Poważne komplikacje zdrowotne, wyłączenie z pracy, całkowite unieruchomienie i konieczność zdania się z wszystkim na innych musiały wywołać bunt i sprzeciw. W takich sytuacjach tylko czas jest sprzymierzeńcem, uczy pogodzenia się z losem. Pomaga znaleźć w sobie siły, nie myśleć o tym, co się straciło, tylko zacząć bazować na tym, „co zostało” i co jest możliwe. Nie poddawać się, mimo że przyjdzie walczyć z niedomaganiami ciała, które nieraz odmówi posłuszeństwa i z dolegliwościami nawet długotrwałymi. Tak było i w tym przypadku.
    We wszystkim jest życie, w radości i cierpieniu, ważne tylko, by znaleźć na nie sposób. Być aktywnym i potrzebnym, wciąż się czegoś uczyć, w czymś doskonalić. Robić coś, co ma sens i służy ludziom. Mieć plany i marzenia, i dążyć do ich zrealizowania. Taką filozofią życiową kieruje się właśnie p.Jan, a jakie pomysły realizuje, jak ciekawie i pożytecznie potrafi żyć, będziemy się mogli przekonać .Nie opowie o tym osobiście, nie lubi udzielać wywiadów, choć robi tak wiele dobrego, ale na szczęście fakty są znane, o wielu wiemy od dawna, a część informacji można znaleźć na stronie internetowej, opracowanej przez Artura Czecha, syna pana Jasia.
    Prześledźmy więc ten drugi etap życia, w którym wszystko trzeba było zaczynać od początku, kiedy było tylko łóżko i świat ograniczony do czterech ścian mieszkania, i potrzeba zajęcia się czymś sensownym. Znalazła się motywacja i cel, synek był jeszcze mały, ucieszyłby się zabawkami, i to od robienia zabawek, a potem ozdób choinkowych, rozpoczął się czas twórczej aktywności. Pomysły zaczęły się mnożyć, bo i zmysł artystyczny się ujawniał, i utalentowania różne, i z dnia na dzień rodził się artysta-grafik Jan Czech, z czasem nazywany „czarodziejem piękna”. Zaczął tworzyć: płaskorzeźby wykonywane w drewnie, ponad 500 grafik - linorytów, uwieczniając m.in. zabytki Starego Sącza, kwiaty) oraz ponad 260 exlibrisów. Z grafiki korzystały liczne wydawnictwa, zdobią one również wiele mieszkań i muzeów. Pan Jan, rozmiłowany w swoim rodzinnym miasteczku, służy mu swoimi pracami i talentem artystycznym w każdej potrzebie i sytuacji. Nie liczy poświęconych na to godzin ani kosztów, po prostu służy sobą bezinteresownie, bo uważa, że tak się powinno. Miał już wiele wystaw w różnych miejscach kraju i za granicą, w notatkach prasowych zebrał mnóstwo podziękowań i słowa uznania dla talentu, wyobraźni i wysokich walorów artystycznych tworzonej sztuki.
    Innym hobby p. Jasia stal się haft krzyżykowy, wykonywany prawie przez 30 lat. Zawsze lubił bawić się w liczenie, więc i ilość przerobionych nici zliczył, nazbierało się tego… Aż trudno uwierzyć, że niezwykle misternie wykonane i kolorystycznie piękne obrusy, serwety, bieżniki są dziełem nie w pełni sprawnych męskich rąk. Ich wykonawca miał taki gest, że lubił innych obdarowywać i większość swych prac rozdał, te „ocalałe” zaś są ozdobą mieszkania Państwa Czechów.
    W erę komputerową p.Jan wszedł jako jeden z pierwszych posiadaczy tego sprzętu w Starym Sączu. Tajniki zgłębiał z pomocą Łukasza Czerpaka i szybko opanował umiejętność posługiwania się, co na bok usunęło wszystkie inne pasje. Zaproszony przez p.Barbarę Gomółkową do przepisywania tekstów gazetowych a później przez p.Jacka Lelka do współpracy - w gazetce parafialnej, chętnie ją podjął. Wtedy to w 1999 r. pojawiła się nowa winieta gazetki autorstwa p.Jasia - obecna do dzisiaj. Współpraca z redakcją, trwa już 13 rok. Od momentu pojawienia się trudności ze składaniem gazetki, dokonywanym wcześniej w Krakowie i Nowym Sączu, p.Jan podjął się tego czasochłonnego zadania. Opanował zasady składu komputerowego i grafiki, i jednoosobowo wykonuje karkołomną wprost pracę; opracowuje teksty, jak trzeba to i przepisuje, obrabia zdjęcia, projektuje układ i nadaje artystyczny kształt całości. Ręcznie składa każdy numer pisma poświęcając na to wiele godzin. Nie liczy ich sobie, nie żałuje wysiłku i czasu, bo najważniejsza jest radość tworzenia i to, że się robi coś dobrego i potrzebnego innym, że się służy ludziom, miastu i historii. Gazetkę zamieszcza również w Internecie i prowadzi stronę internetową Stowarzyszenia na Rzecz Osób Niepełnosprawnych „Gniazdo”. Czyż to nie jest wolontariat najwyższej kategorii?
    Nie można się jednak łudzić, że w sytuacji niepełnosprawności da się dokonywać czegoś i żyć pełnią życia samemu, w pojedynkę. Musi być ktoś, kto stworzy warunki, pomoże, otoczy opieką, da szanse rozwoju i potrafi się poświęcić. Takim kimś w przypadku p.Jasia jest żona Jolanta, której należą się wielkie słowa uznania .Przebudowała mieszkanie dla potrzeb „wózkowicza” by dać mu jak najwięcej pola do samodzielności i normalności. Oszczędzają każdy grosz, bo podróżowanie ich pasją. Zrobiła prawo jazdy, by świat pozostawał otwarty do zwiedzania dla nich obojga. Pan Jan z pomocą Internetu sporządza plan wyprawy, oblicza kilometry, wytycza trasy i miejsca postoju, obiekty warte poznania. Pani Jola przygotowuje skromny prowiant i samochód, zabiera męża, zapakowuje wózek i wyruszają w nieznane.
    Nie do wiary, ile już udało im się zwiedzić. Przemierzyli znaczne obszary Polski i Czech, i prawie całą Słowację. Zaliczyli wszystkie wyciągi krzesełkowe w słowackich Tatrach, a p.Jan na wózku „zdobył” jeden z najwyższych szczytów Tatr - Łomnicę o wys. 2632 m. Za nie lada wyczyn i świadectwo wielkiej odwagi p.Joli trzeba uznać ich wyprawę do Paryża. Dwa dni jazdy, z noclegiem przy granicy czesko-niemieckiej, potem  3-tygodniowe „żonglowanie” seicenta po, do potęgi zatłoczonych, ulicach wielkiej metropolii! Niejeden, nawet bardzo doświadczony kierowca, mając za pasażera „wózkowicza” na taki wyczyn by się nie zdobył. Ale warto było! Udało się! Paryż był ich i pozostanie pięknym wspomnieniem. Wielka w tym zasługa kuzynostwa, które ich zaprosiło i gościło serdecznie.
    Można by tu jeszcze dużo pisać o realizowanych pomysłach p.Jana, np. dokumentowaniu każdej odbytej podróży (widokówki, pieczątki, zdjęcia), zbieraniu podstawek piwnych z browarów całego świata Dla nas jednak bardzo ważnym pozostaje ten nas dotyczący, jako wyraz pamięci i życzliwości. Są nim, od 19 lat wysyłane przez p.Jana „całoroczne życzenia”, zdobione zawsze piękną grafiką, które przed Nowym Rokiem trafiają do domów znajomych i przyjaciół wnosząc w nie dużo radości. Drobny gest, a ile serca! A ile silnej woli, samozaparcia i wytrwałości trzeba, by mimo przeciwności losu „żyć kolorowo i marzenia najpiękniejsze mieć?”. Pan Jan potwierdza sobą tę znaną dewizę, że zawsze daje się żyć pięknie, jeśli tylko żyje się dla innych.
       Wszystkim osobom, poszkodowanym na zdrowiu i sprawności, dedykacją niech staną się cytowane myśli:
„Nie przejmuj się, że dookoła panują ciemności. Ty bądź pośród nich lampą! Kochaj Boga, ludzi i życie! Jeśli potrafisz kochać - nie pokona Cię ani ból, ani cierpienie, ani strach. I pamiętaj! Życie nie przestaje być wspaniałe dlatego, że jest trudne. Ciesz się każdą jego chwilą!”
Zofia Gierczyk
 
Interaktywna Polska
Webmaster: Jan Czech