Portal - Stary Sącz
polski Piątek - 19 kwietnia 2019 Alfa, Leonii, Tytusa      "Człowiek może się obejść bez wielu rzeczy, ale nie może się obejść bez drugiego człowieka". Ludwig Borne
Strona główna / Z Grodu Kingi - nr 4-6(251-253) 2018 r.
Menu
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ViII Festiwal Przygody i Podróży Bonawentura
Krótkie rozważania na temat dobra i zła...
Pamięci Szczęsnego Morawskiego
Okładka
Ogłoszenia i Kronika parafialna
Wycieczka do Warszawy
Koło Grodzkie PTTK Oddział w Nowym Sączu
Jubileusz X-lecia Środowiskowego Domu Samopomocy
Flecista ze Starego Sącza podbija muzyczny świat
Ślady Szczęsnego Morawskiego w Starym Sączu
Szczęsny Morawski, pionier opisu dziejów Sądecczyzny
LISTA WAŻNYCH OSÓB
Rewolucja w Kościele czy głęboka reforma?
XII Starosądeckie Dni Księdza Tischnera
Strategiczne inwestycje dla przyszłości Starego Sącza
100 lat Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego
NARÓD ISTNIEJE Z KULTURY I DLA KULTURY
Mamy obowiązek pamiętać i przypominać
POD OPIEKĄ ŚWIĘTYCH: JANA, PIOTRA I PAWŁA
Kalendarium

.
VIII FESTIWAL PRZYGODY I PODRÓŻY
BONAWENTURA
 
    Stary Sącz od ośmiu lat stał się niezwykłym punktem na podróżniczej mapie świata. Wspaniałym miejscem spotkań ludzi, dla których wędrowanie, o ile nie jest formą egzystencji, do której dopasowuje się inne konieczne elementy, to przynajmniej jest radosnym, atrakcyjnym i poznawczym sposobem spędzania tak zwanego wolnego czasu, czasu odpoczynku od codziennej rzeczywistości. Każdy z uczestników tegorocznej edycji Festiwalu Przygody i Podróży Bonawentura stanowi bezcenną skarbnicę wiedzy, doświadczenia i specyficznego, podróżniczego poczucia humoru, z którymi dzieli się, z bardzo chętnie uczestniczącą w tym przedsięwzięciu, publicznością, do której należą osoby także bardzo aktywne, na miarę swych możliwości, obecnie lub w niedalekiej przeszłości.
   Całą tę frajdę, jaką jest możliwość uczestniczenia w Bonawenturze, zawdzięczamy organizatorom, niestrudzonym pracownikom starosądeckiego Centrum Kultury i Sztuki im.Ady Sari, (która też wielką podróżniczką była, przemierzając swe koncertowe trasy) pod dyrekcją Wojciecha Knapika.
Tegoroczne - perfekcyjnie przygotowane, festiwalowe dni, od piątkowego popołudnia 23 marca do niedzielnego późnego wieczoru 25 marca 2018 r. przyniosły, jak zwykle, ogromny ładunek wrażeń, bagaż wzruszających przeżyć i bogactwo doświadczeń.
Nic więc w tym dziwnego, że karnety na cały festiwal (stanowiące 40% miejsc na sali) będący największą, najbardziej klimatyczną tego typu imprezą w regionie, rozeszły się w oka mgnieniu (po 51 godzinach). Festiwal zjednał sobie bowiem liczne grono entuzjastów, wierną, wspaniale reagującą publiczność, uczestniczącą we wszystkich wydarzeniach, od początku jego istnienia.
Jak zwykle ciekawe osobistości zagościły na scenie budynku starosądeckiego Sokoła, tworząc niepowtarzalny klimat spotkań. Ten rok był równie bogaty, co poprzednie. W pięciu blokach programowych zawarto wszystko, co reklamował wydany folder: „Pasja; Inspiracje; Podbój kosmosu; Góry Wysokie; Muzyka świata; Podróże i etyka; Fotografia; Post-turysta; Goście specjalni: Hermaszewski, Kydryński i Strzeżysz.
W sumie obejrzeliśmy szesnaście prezentacji podróżniczych, trzy filmy, koncert muzyki świata i wystawę fotografii. Dzieci, które wraz z opiekunami biorą udział w festiwalowych pokazach, mogły uczestniczyć w kreatywnych warsztatach.
 
„Podróżowanie to szukanie baśni. Z Patagonii na Alaskę”
   W piątek 23 marca o godz.18.00 na otwarcie Festiwalu spotkaliśmy się z Piotrem Strzeżyszem, laureatem nagrody publiczności sprzed pięciu lat. Urodzony w 1973 roku w Garwolinie podróżnik, pisarz i fotograf jest autorem książek, w których przedstawia, odkrywane przez siebie z perspektywy wędrówki na rowerze, rejony Ziemi. Oto ich tytuły: Campa w sakwach (2011), Makaron w sakwach (2012), Powidoki (2014) - za którą otrzymał Nagrodę Bursztynowego Motyla im.Arkadego Fiedlera (2015), którą honoruje się corocznie (od 1996 roku) polskiego autora najlepszej książki o tematyce podróżniczej i krajoznawczej, i Nagrodę Magellana - przyznawaną od 2009 roku przez Redakcję „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” dla książek turystycznych, przewodników, map i atlasów.
Sen powrotu (2016).
Laureat Nagrody Kolosa w kategorii Podróż (2014)
Nam atrakcyjnie przedstawił swą wyprawę rowerem z Patagonii na Alaskę, będącej niejako kontynuacją wyprawy w odwrotnym kierunku, przerwanej przez wypadek, którego wynikiem było złamane kolano.
W jednym z wywiadów stwierdził:
„Tym, którzy nie ruszają się z domu, chciałbym powiedzieć, że podróżowanie wcale nie jest takie miłe, łatwe i piękne. Wiąże się z ogromnymi wyrzeczeniami”.
Była to nietuzinkowa prezentacja z elementami kontrolowanego zagubienia, improwizacji, dykteryjek, zamyśleń nad sensem istnienia i wiarą w ludzi, w ich dobro i piękno. To wszystko emanowało z barwnego podróżnika, dając publiczności wrażenie osobistego uczestnictwa w eskapadzie.
 
„Moje fascynacje Afryka i Lizbona”
   Następnym punktem wieczoru była rozmowa prowadzona przez Wojciecha Knapika z gościem specjalnym Festiwalu Marcinem Kydryńskim.
Urodzony w 1968 roku Marcin Kydryński jest znanym dziennikarzem muzycznym, radiowcem, kompozytorem, autorem tekstów, producentem płyt, z których kilka otrzymało w Polsce status Platynowej Płyty, popularyzatorem i miłośnikiem jazzu, a także podróżnikiem i fotografem. Fotografowania uczył się od Tomasza Tomaszewskiego. Jest pierwszym polskim fotografem, który miał własny reportaż z międzynarodową okładką w National Geographic.
   Jest dyrektorem artystycznym Siesta Festival w Gdańsku, rówieśnika Bonawentury, bowiem jego ósma edycja odbyła się w kwietniu 2018 roku.
Z radiową Trójką jest związany od 1989 roku. Na jej antenie prowadził audycje: „Trzy kwadranse jazzu”, „Jazzowy sanitariusz”, „Hyde radio park”, „Tak to słyszę”, „Około północy”. Od 2001 roku prowadzi swą autorską audycję „Siesta”, będącą jedną z najpopularniejszych audycji radiowych.
Wydał firmowane swoim nazwiskiem płyty z serii „Siesta - Muzyka świata”
Mieszka w Lizbonie, którą jest oczarowany, jak również jej muzyką, czyli fado.
Fado to słowo oznaczające los, przeznaczenie. Tak nazywany jest gatunek muzyczny, który powstał w XIX wieku w biednych dzielnicach portowych miast Portugalii, głównie w lizbońskich kwartałach Alfama i Mouraria. Fado to melancholijna pieśń, wykonywana przez jednego wokalistę przy akompaniamencie dwóch gitar.
Pytany, czy jest miejsce na Ziemi, które mógłby porównać z Lizboną odpowiada, że nie.
   Zanzibar, Etiopia, Kenia, Sudan to afrykańskie kraje, do których podróżuje od dwudziestu pięciu lat; łącznie spędził w nich około dziesięciu. Owocem tych podróży jest album fotograficzny „Pod słońce”, za który w 2000 roku otrzymał nagrodę Arkadego Fiedlera, a także książki: „Chwila przed zmierzchem” i „Biel. Notatki z Afryki”, którą można było nabyć na festiwalowym stoisku obok wznowionej w 2017 roku pozycji autorstwa Marcina Kydryńskiego „Lizbona. Muzyka moich ulic”.
„Minęło pięć lat odkąd napisałem tę książkę. Wiele się zmieniło. Na świecie, w Lizbonie. We mnie. „Lizbona. Muzyka moich ulic”.
Znacznie częściej w muzycznej palecie moich ulic słyszę język polski. Niewykluczone zatem, że moja historia wciąż może być Wam pomocna i zechcą się Państwo wybrać ze mną na kilka długich spacerów po starych dzielnicach miasta na krawędzi Europy. Posłuchać jego muzyki. Porozmawiać.
Z pierwszej wersji sporo usunąłem. Sporo dopisałem. Są niepublikowane wcześniej zdjęcia. Powstało też osobliwe posłowie, portret współczesnej Lizbony, AD 2017, przy którym liczę na Państwa poczucie humoru. Zanim ponownie spotkamy się w Afryce, powędrujmy razem w Lizbonie. Wychylmy kieliszek vinho verde; posłuchajmy wspólnie fado, morny, bossy. To może być miłe zajęcie” - stwierdza Marcin Kydryński.
 
„Grenlandia rowerem”
   Następnym etapem festiwalowej podróży, kończącej pierwszy podróżniczy wieczór, była opowieść Jakuba Rybickiego o rowerowej wyprawie przez bezdroża Grenlandii, którą odbył wraz z Pawłem Wichrem. Podróżowanie rowerem po największej wyspie świata można odbyć na wiele sposobów.
Na początku relacji z tej niezwykłej podróży usłyszeliśmy opis Grenlandii, jej historii, panujących warunków, opowieść o zamieszkujących ją ludziach. Poznaliśmy obrany przez wędrowców szlak ich wyprawy, czyli Arctic Circle Trail, prowadzący z miejscowości Kangerlussuaq do Sisimiut, mierzacy około 180 km.
   Zwykłe rowery z kolcowanymi oponami, na których odbyli swą podróż po zamarzniętym Jeziorze Bajkał, nie dałyby rady w zaśnieżonych górach.
Zdecydowali się przetestować modne rowery, z bardzo grubymi oponami (minimum 4 cale), zwane fatbikami, (pozwalające poruszać się na grząskim podłożu); walczyli ze śniegiem, silnym wiatrem i siarczystym mrozem, w większości w dzikim terenie. W tych warunkach konieczne było poczucie humoru i kondycja.
Oczywiście ciągnęli za sobą lub pchali pod strome podjazdy swój ekwipunek.
Mimo, że rowery ważą „tylko” około 15 kg, to podpięte do nich pulki (niewielkie sanie transportowe) z dobytkiem, na który składało się m.in. jedzenie, sprzęt biwakowy, ubrania, dron i inne rzeczy ważyły około 30 kg.
Niestety, zdarzały się też nieprzewidywalne złośliwości losu, w postaci złamanej kierownicy, zerwanego łańcucha jak również zepsucia się mocowania do sań.
Dzięki dronowi zostały nakręcone piękne filmy, umożlwiające podziwianie krajobrazu Grenlandii z lotu ptaka.
Szlak, którym przemierzali wyspę, pokonuje rocznie tylko kilkaset osób, ale głównie na skuterach śnieżnych i psich zaprzęgach. Wędrowców na rowerach spotyka się tutaj bardzo rzadko. Na pewno dokonali tego wyczynu jako pierwsi Polacy.
Po tygodniu dotarli do Sisimiut, gdzie niestety musieli zmienić plany. Ponieważ ocean w tym roku nie zamarzł, nie mogli udać się wzdłuż po zamarzniętym wybrzeżu Atlantyku do Nuuk, miasta będącego stolicą Grenlandii. Powrót tą samą drogą nie okazał się jednak nudny. Natura nagrodziła dzielnych wędrowców wspaniałymi widokami zorzy polarnej, którą, dzięki ich nagraniom, również mogliśmy podziwiać na pokazie.
 
   Na sobotni poranek dla dzieci przygotowano projekcję animowanego filmu produkcji USA z 1977 roku „Wiosła w dłoń. Charlie Brown”.
 
   W samo południe spotkaliśmy się z rodziną Tulejów. Beata, Konrad i Mikołaj przedstawili relację ze swych podróży, w prezentacji zatytułowanej „Zakryte piękno Czeczeni po obu stronach Kaukazu”.
Wyprawa z 2017 roku była ich siódmą w rejon Kaukazu, pierwszą odbyli w 2011 roku, a chyba czwarta miała być tą ostatnią. Znają ten świat jak rzadko kto i ciągnie ich tam. Opowiadali o legendach, historii i spotkanych tam ludziach.
Wędrując po Czeczenii i Wąwozie Pankisi nazbierało się sporo materiałów godnych opowieści.
Tradycyjna nazwa „Wąwóz Pankisi” jest myląca. W rzeczywistości jest to szeroka od 4 do 6 kilometrów i długa na ponad 10 kilometrów dolina, w północno-wschodniej Gruzji, położona w pobliżu granicy z Czeczenią oraz Dagestanem, przez którą przepływa rzeka Alazani. Pankisi zaczyna się kilka kilometrów na północ od miasta Achmeta. Na terenie Wąwozu znajduje się 16 wiosek, z których największe to Duisi, będące centrum administracyjnym. Pankisi jest w większości zamieszkiwane przez grupę etniczną Kistów, spokrewnioną z Czeczenami.
W latach 90. XX wieku, w związku z wojnami czeczeńsko-rosyjskimi, do Wąwozu przybywają liczni uchodźcy z Czeczenii, ich liczbę szacowano nawet na 10 tysięcy. W związku z istnieniem licznej diaspory czeczeńskiej, schronienie oraz bazę operacyjną w Pankisi znajdowali czeczeńscy przywódcy polowi.
Wiele było o pięknie kultury Wajnachów, jak nazywani są i mówią o sobie spokrewnieni ze sobą językowo i etnicznie Czeczeni i Ingusze, podkreślając swe związki i bliskość kulturową.
 
„Pacific Crest Trail”
   O godz.13 wystąpili kolejni bohaterowie festiwalowych pokazów - Grzegorz Ozimiński i Maciej Stromczyński, którzy podzielili się z nami swymi dokonaniami na Pacific Crest Trail. To właśnie oni, jako najprawdopodobniej pierwsi Polacy, w 2016 roku pokonali ten liczący 4265 km szlak, jeden z trzech najdłuższych szlaków trekkingowych w Stanach Zjednoczonych.
Szlak został wytyczony w 1968 roku, ale jego budowa została zakończona dopiero 25 lat później. Co roku wyzwanie przejścia trasy podejmuje około 300 chętnych, ale tylko połowa z nich zjawia się na mecie. Według statystyk organizacji Pacific Crest Trail Association, do tej pory szlak ukończyło około 5000 osób.
Suma wzniesień na szlaku wynosi prawie 100 000 metrów; zaś czas przejścia to około 5 miesięcy.
Pacific Crest Trail przebiega zachodnim wybrzeżem USA z Meksyku do Kanady przez trzy amerykańskie stany: Kalifornia, Oregon i Waszyngton. Trasa wiedzie przez pustynię Kolorado, siedem parków narodowych, w tym m.in.: Jeziora Kraterowego, Yosemite, Kings Canyon i Mount Rainier i kilka pasm górskich, m.in. góry Sierra Nevada, Góry Kaskadowe.
Szlak zyskał rozgłos dzięki autobiograficznej książce Cheryl Strayed pod tytułem „Wild” („Dzika droga. Jak odnalazłam siebie”), a także jej późniejszej ekranizacji z Reese Witherspoon w roli głównej.
Przygotowania do wyprawy trwały pięć miesięcy. Wędrówkę podróżnicy rozpoczęli 9 maja 2016 roku w miejscowości Campo w Kalifornii, tuż przy granicy z Meksykiem, a zakończyli 18 października 2016 roku w Parku Manning w Kanadzie. Trasę pokonali w 163 dni.
Niesamowity trud, upał i …niespodziewane opady śniegu, mróz i stopy w pęcherzach, do tego błądzenie i jadowite węże. To wszystko towarzyszyło tej wyprawie i zostało udokumentowane przepięknymi fotografiami. Pokonywaniu kolejnych kilometrów towarzyszyło podróżnikom odkrywanie swego wnętrza, co dało się odczuć w ich relacji.
 
   Na długo w moich myślach pozostaje Robert Tomalski, który jako kolejny podróżnik przedstawił swą „Samotną wyprawę kajakiem pod prąd. Wołga 2017”.
47-letni Robert Tomalski z Lesiowa koło Radomia, dokonał rzeczy niezwykłej. Wiosłował na kajaku, Wołgą pod prąd, ponad 3600 km. Nikt do tej pory nie pokonał tej największej i najdłuższej rzeki Rosji i Europy, z jej ośmioma zaporami, pieszymi przeprawami i bardzo zmiennymi warunkami atmosferycznymi.
   Ten niezwykle skromny człowiek o spotkanych na trasie ludziach wyrażał się z wielką sympatią: „Byli bardzo życzliwi, gościnni i bezinteresownie pomagali, jak tylko mogli”.
W 2013 roku pierwszy pod prąd kajakiem przepłynął Wisłę Piotr Kuryło. To 1047 km. Inni dokonywali tego z prądem.
Robert Tomalski postanowił powtórzyć wyczyn Piotra Kuryło.
Po zaliczeniu Wisły w 2016 roku, od razu rozpoczął przygotowania do przepłynięcia Wołgi, której szerokość w niektórych miejscach wynosi około 30 km i głębokość 47 metrów. Średnio dziennie pokonywał 75 km, ale bywały dni, kiedy płynął nawet 130 km. Na niektórych odcinkach są bardzo duże prądy, których nie da się przepłynąć i trzeba je ominąć, co sprawia, że zapewne przebyta przez niego droga wydłużyła się do około 4000 km.
Samotne płynięcie wielką, nieznaną, dziką rzeką, na dodatek pod prąd, to niezwykle wyczerpujące zadanie. Okazało się, że bez mała 70 % swej długości rzeka płynie w wąwozie, pomiędzy wysokimi skałami. Nie ma tam żadnej możliwości ucieczki. Kiedy wiał wiatr, bywały nawet półtorametrowe fale.
Nasz podróżnik dowiedziawszy się od miejscowych, ze groźna w ciągu dnia Wołga, po zachodzie słońca uspokaja się, kolejne kilometry pokonywał już wieczorami i nocą. Bywały dni, kiedy walczył z niezmiernie uciążliwymi meszkami, gryzącymi niemiłosiernie i wówczas przez 11 dni płynął w kombinezonie z moskitierą, chociaż było bardzo gorąco. Od Wołgogradu mógł płynąć w normalnym ubraniu, ale bywało, że brakowało sił, puchły dłonie i pojawiały się na nich pęcherze. Podczas podróży trwającej 53 dni schudł 14 kg
A nam pięknie przekazał wolę walki z własnymi słabościami, z siłami natury, z żywiołem wody i radość ze spotkania drugiego, innego człowieka.
 
   Z kolejną prelekcją-pokazem „Bałkany Niesamowite”, na zamknięcie drugiego dnia festiwalu, wystąpiła Olka Zagórska-Chabros.
Bałkany według Rudej, to podróż, w którą zabrała publiczność. Objęła ona: Albanię, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Kosowo i Macedonię, ale nie te rejony odwiedzane przez typowych turystów.
Od 2012 Ola i Marek wspólnie odwiedzali Bałkany co roku (wcześniej bywali tam pojedynczo, lub z rodzicami), ale odkrywają nowe, zachwycające miejsca w górach i dolinach. Ich podróżne szlaki prowadzą przez mniej znane, niekonwencjonalne miejsca. Ich podróże są inspiracją dla innych aktywnych turystów. Obecnie bywają tam trzy, cztery razy w roku, na krótsze i dłuższe wypady. Starają się na Bałkany jeździć zarówno zimą, jak i latem, chcąc pokazać, że warto tam bywać o każdej porze roku, bo jest tam co robić!
 
Sobotni, popołudniowy blok prezentacji otwiera Michal Woroch pokazem „Wheelchairtrip przez obie Ameryki”
   Maciej Kamiński i Michał Woroch poruszają się na wózkach inwalidzkich. Spotkawszy się przed ponad 10 laty na rehabilitacji w Bydgoszczy postanowili, na przekór przeciwnościom losu, podróżować. Zwiedzanie świata rozpoczęli od przejechania Europy, co było formą treningu przed planowaną wyprawą do Ameryki Południowej.
   Po pięciominutowej prezentacji swego pomysłu w Konkursie im.Andrzeja Zawady - Kapituła Kolosów (dla laureatów, młodych autorów nietuzinkowych pomysłów na ekspedycje) przyznała im rekomendację podróżniczych autorytetów i nagrodę pieniężną pomagającą w realizacji swej podróżniczej wyprawy.
Nagroda jest przyznawana od 2002 roku, fundatorem jest Miasto Gdynia. Podstawowym zadaniem zdobywców nagrody stała się taka modyfikacja Land Rovera Defendera 110 z 1996 roku, aby przystosować go do obsługi i życia dla dwóch osób na wózkach inwalidzkich. Operacja trwała kilka miesięcy. Do najważniejszych z wykonanych rzeczy należały: zmiana manualnej skrzyni biegów na automatyczną, montaż specjalnego oprzyrządowania do prowadzenia samochodu: gaz i hamulec w ręku. Do tego dwie windy: jedna, by dostać się do samochodu, druga, by dostać się na dach. I jeszcze budowa tarasu i montaż namiotu na dachu. Sami zrobili instalację elektryczną. Zamontowane zostały też dodatkowe zbiorniki na wodę i paliwo. To tylko niektóre z niezbędnych „udogodnień”.
9 listopada, odlecieli do Buenos Aires i po pokonaniu około 3000 km dotarli do Ushuaia w Argentynie. Z Ziemi Ognistej na krańcu Ameryki Południowej trasa ich podróży biegła wzdłuż wybrzeża Pacyfiku na północ do stolicy Chile - Santiago. Następnym celem była Pustynia Atakama na północy Chile i przejazd przez bezdroża Boliwii (m.in. Salar de Uyuni). Następnymi etapami były: Peru, Ekwador, Colombia, Panama, Costa Rica, Nikaragua, El Salvador, Gwatemala, Meksyk. Z powodu awarii silnika w Los Angeles 30 lipca przerwali wyprawę, która trwała 262 dni, podczas których podróżnicy przemierzyli około 40000 km.
Planują kontynuować podróż i przebyć trasę z Los Angeles przez Alaskę do Waszyngtonu. Zaplanowane do przejechania około 17 000 km zamierzają przebyć w 90 dni. Wszak: „Podróże uczą, że niepełnosprawność to nie koniec świata”.
Opowieść Michała Worocha była niezwykle emocjonująca, barwna, ekscytująca. Jej przesłaniem była teza, że trzeba realizować marzenia, nie bać się trudów i pokonywać to, co po prostu „zwykłym ludziom” wydaje się niemożliwe. Nasi bohaterowie są jednak niezwykli.
Relacja Michała Worocha, sympatyczna, bez zadęcia, pełna humoru, pokazywała jednak Ich determinację, siłę woli, co poruszyło publiczność. Pokaz to także genialne fotografie z trasy.
Za całokształt podróżnik otrzymał gromkie owacje, będące zwiastunem tego, co okazało się w niedzielę.
Wówczas dowiedzieliśmy się, że to właśnie Michał Woroch, w dowód uznania za najlepszy pokaz podróżniczy otrzymał statuetkę Bonawentury, będącą Nagrodą Publiczności.
Wręczenia tego zasłużonego trofeum dokonał gen.Mirosław Hermaszewski, który powiedział: „Ten, kto nie ma wizji swojego życia, jest z niego niezadowolony. Zwracam się do Was młodzi. Marzyć warto. Bez marzeń życie jest blade. Jest Pan wzorem absolutnie dla wielu”.
A laureat nagrody odpowiedział: „Jestem wzruszony. Przyjechałem do Państwa opowiedzieć o swoich marzeniach a Państwo docenili tę podróż. Kolejna podróż to pewnie w kosmos? A może jednak nie?!
Marzenia napędzają działania, marzenia się spełniają. Gratulujemy i życzymy realizacji kolejnych planów!
 
   Jako kolejną pozycję sobotnich pokazów zaplanowano „Konno przez Mongolię i Kirgistan” w wykonaniu Jakuba Czajkowskiego.
Wiadomą jest rzeczą, że historia i kultura Mongolii od zarania związana jest z tym zwierzęciem. Aby przemieszczać się po bezkresnym mongolskim stepie, wspinać się na wysokie górskie przełęcze, w tym celu, do czasów współczesnych, organizuje się wyprawy konne. Zdjęcia i opowieść Jakuba Czajkowskiego pokazały także „nowocześniejsze” środki przemieszczania się. Ale specyficzny klimat podróży koniem ukazał się uczestnikom pokazu w pełnej krasie, oddając niepowtarzalny nastrój eskapady.
 
   Pokaz „Hinduskie święta. Kumbh Mela i Holi” - z poczuciem humoru przekazana opowieść Żanety i Jacka Govenlock - stanowił następny punkt festiwalowego, sobotniego programu.
    Kumbh Mela - Święto Dzbana, to największa pielgrzymka świata i najsłynniejsza pielgrzymka Hindusów odbywająca się co trzy lata na przemian w jednym z miast: Allahabad (gdzie Ganges łączy się z Jamuną), Haridwar, Nasik i Ujjain, czyli co 12 lat w każdym z tych miast. Finałem pielgrzymowania do tych miejsc jest oczyszczająca kąpiel w wodzie świętej rzeki, jaką jest dla nich Ganges.
Kumbh Mela to dla Hindusów to samo, co dla chrześcijan pielgrzymka do Jerozolimy czy dla muzułmanów pielgrzymka do Mekki. Kąpiel w świętej rzece w czasie Kumbh Mela, według ich wiary, zmywa wszystkie grzechy i daje wyzwolenie. Szacuje się, że w pielgrzymce bierze udział nawet 70 milionów wiernych.
Święto Holi jest dla hinduistów radosnym czasem przywitania wiosny. To Święto Radości bardziej uroczyście obchodzone jest na północy Indii. Patronami tego święta płodności i nieskrępowanej seksualności są Kriszna i Wisznu.
W tym dniu setki ludzi posypuje się kolorowymi farbami w proszku i polewa wodą a ludzie robią sobie nawzajem żarty. Dla nas to niezrozumiałe rytuały, niemożliwe do ogarnięcia - o co w nich chodzi?
 
„Trobriandy - wyspy z życia seksualnego dzikich”
   Jacek Torbicz - geograf i dziennikarz, autor licznych programów radiowych i wieloletni redaktor naczelny magazynu „Globtroter” - podążył śladami Bronisława Malinowskiego (1884-1942) - światowej sławy polskiego antropologa społecznego i ekonomicznego, podróżnika, etnologa, religioznawcę i socjologa, który w latach 1914-1920 prowadził badania terenowe w Australii i Oceanii. W pierwszej fazie podróży na wschód w 1914 roku towarzyszył mu przyjaciel - Stanisław Ignacy Witkiewicz.
   W 1793 roku na archipelag kilkunastu wysp i wysepek koralowych położonych na Morzu Salomona, na wschód od Nowej Gwinei dotarła ekspedycja, w której skład wchodził Denis de Trobriand. Na jego cześć otrzymały one nazwę Wyspy Trobrianda. Ich nazwa miejscowa to Wyspy Kiriwina. Są one częścią Papui-Nowej Gwinei.
Struktura społeczna ich mieszkańców opiera się na rodach matrylinearnych, w których pokrewieństwo oraz wspólnych przodków ustala się idąc po linii matki (po kądzieli).
Współcześnie Trobriandczycy są chrześcijanami, głównie protestantami.
Obyczaje mieszkańców Wysp Trobrianda były przedmiotem badań Bronisława Malinowskiego.
W okresie od czerwca 1915 do maja 1916 roku i od października 1917 do października 1918 roku prowadził badania, których owocem były m.in. prace: „Argonauci zachodniego Pacyfiku” (zawierająca opis rytuału Kula, polegającego na okrężnej wymianie przedmiotów posiadających znaczenie symboliczno-obrzędowe; w wymianie biorą udział plemiona z Nowej Gwinei, Luizjad, wyspy Woodlark, Archipelagu Trobrianda, Wyspy d'Entrecasteaux), „Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji” oraz „Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich”, która jest jedną z klasycznych pozycji, mających duże znaczenie dla socjologii i antropologii prawa. Zawiera krytykę dotychczasowych badań nad prawem tubylczym oraz opis zjawisk prawnych wśród mieszkańców Wysp Trobriandzkich.
Dzięki pracom Malinowskiego Trobriandczycy należą obecnie do najlepiej poznanych kultur Melanezji.
W tym roku minie 100 lat od czasu, kiedy Bronisław Malinowski spędził tam prawie dwa lata, swego życia poświęconego badaniom antropologicznym.
   Prezentacja kończąca drugi dzień Bonawentury uświadomiła nam, jak niewiele zmieniło się na Trobriandach przez bez mała wiek.
 
   Na niedzielne godziny dopołudniowe organizatorzy zaplanowali prezentacje dwóch filmów: „Wrzeszczący faceci” Mika Ronkainen (2003) Finlandia i „Ostatni Nomadzi” reż. Raúl de la Fuente, 2006 Hiszpania oraz godzinne. kreatywne warsztaty dla dzieci (6-12 lat) Alicji Rapsiewicz zatytułowane „Tam gdzie skaczą kangury, czyli podróż do Australii”.
 
   Niedzielny blok prezentacji rozpoczął się o godz.14.00 od spotkania z Marysią Złonkiewicz, która przedstawiła prelekcję zatytułowaną: „Post-turysta. Porozmawiajmy o świadomym i etycznym podróżowaniu”.
Dotarliśmy do takiego punktu w masowym, globalnym podróżowaniu - turystyce, kiedy należy zacząć promować, upowszechniać, kształcić ludzi i pomagać w dążeniu, aby turystyka była odpowiedzialna i etyczna.
Także skłaniać turystów do krytycznej postawy wobec siebie, do swego zachowania.
Post-turystę od zwykłego turysty odróżnia świadomość globalnych współzależności, przyczyn i konsekwencji różnych postaw turystów i organizatorów turystycznych eskapad.
Tylko świadomy turysta, może podróżować prawdziwie odpowiedzialnie i etycznie. Dlatego dla post-turysty mieszkańcy odwiedzanych miejsc powinni być partnerami, podmiotami spotkania, a nie wakacyjną obsługą lub tłem do kolejnego zdjęcia. W partnerstwie obie strony ponoszą odpowiedzialność za sposób i charakter turystycznego spotkania, bowiem zawsze występują dylematy: targować się czy nie? Jak fotografować by nikogo nie urazić, czy może nie fotografować? Korzystać z gościnności, czy w jakiś sposób się odwdzięczyć?
 
   Monika Witkowska „Everest - mity i fakty”, to kolejny przekaz wiedzy i doświadczeń - podróżniczki, miłośniczki gór i zapalonej żeglarki, na co dzień dziennikarki oraz pilotki wypraw wysokogórskich.
Wiele mitów i legend nagromadziło się wokół zdobywania tej najwyższej góry świata. Opowieść osoby, która tę górę i Koronę Ziemi zdobyła - to była niekłamana przyjemność, wielka radość z możliwości posłuchania kogoś mądrego i niezwykle doświadczonego. Słuchaliśmy o trudach wspinania na Górę Gór, tego himalajskiego giganta i potocznych opiniach, że na Everest może wejść każdy, bo przecież są organizowane komercyjne wyprawy. Kim są współcześni wspinacze i dlaczego korzystają z butli tlenowych?
Co oznacza termin „strefa śmierci”? Jak wygląda dieta wspinacza? Jak można zminimalizować dolegliwości choroby wysokościowej?
Słuchaliśmy o tym z wielkim zainteresowaniem, a zainteresowani mogli również nabyć książkę naszej prelegentki: „Everest Góra Gór”.
 
   „Hindukusz,KoheTez 2016”, to kolejne spotkanie z wysokimi górami. Tym razem naszym przewodnikiem była Ola Dzik, alpinistka młodego pokolenia, międzynarodowa przewodniczka górska UIMLA. Prowadzi biuro podroży wysokogórskich BluEmu organizujące wyprawy alpinistyczne i trekkingowe w góry świata oraz szkolenia górskie. Prowadzi prezentacje, warsztaty i szkolenia dotyczące aktywności górskiej oraz podróży. Na swym koncie ma m. in. wejście na ośmiotysięczny Gasherbrum II. Ponadto, jako pierwsza Polka, zdobyła niebezpieczny Pik Pobiedy oraz skompletowała wszystkie pięć siedmiotysięczników byłego ZSRR, dających tytuł Śnieżnej Pantery. Jest pierwszą kobietą w historii, która ukończyła najdłuższą trasę zawodów Elbrus Race. Uprawia również skialpinizm, rajdy przygodowe, kolarstwo górskie, biegi, a także nurkuje”.
W 2014 roku pojawił się pomysł wyprawy w rejon nieodwiedzanych od kilkudziesięciu lat siedmiotysięczników Hindukuszu: Kohe Urgūnt (7039 m), Kohe Tez (7015 lub 6995 m) i Akher Čhagh (7020 lub 7017 m)
Po zakończeniu działalności zimowej wyprawy na Noszak jej uczestnicy udali się wówczas na krótki rekonesans niższych partii doliny Urgūnte Pāyān. Wyższe szczyty widzieli wówczas tylko z daleka, jednak postanowili, że wrócą w tę dziką okolicę.
Za cel postawili sobie wejście na Kohe Tez (7015 lub 6995 m).
20 lipca 2016 r. do Afganistanu wyruszyła wyprawa, której większość stanowili uczestnicy wspomnianej zimowej ekspedycji na Noszak: Aleksandra Dzik, Robert Róg oraz Rosjanin Oleg Obrizan. Do zespołu dołączył także Arkadiusz Baranowski. Za cel postawili sobie dotarcie doliną Urgūnte Bālā, z wioski o tej samej nazwie, w rejon wymienionych wcześniej siedmiotysięczników oraz dokonanie wejścia na jeden z nich: Kohe Tez. Wybrali właśnie ten szczyt, gdyż na podstawie opisów i zdjęć z dawnych wypraw wydawał się najlepiej rokować, jeśli chodzi o szanse wejścia.
 
   Koncert Karoliny Cichej „9 języków” był fantastycznym doznaniem, jakim było słuchanie pięknego śpiewu. Artystka pochodzi z Siemiatycz na Podlasiu, a tam języki: litewski, białoruski, rosyjski, romski, jidysz, tatarski i ukraiński to języki mniejszości narodowych. Śpiewa również w esperanto.
Jest piosenkarką, aktorką, kompozytorką, wokalistką i multiinstrumentalistką - rozpoznawalną dzięki oryginalnej technice gry na kilku instrumentach jednocześnie. Gra na akordeonie i klawesynie, śpiewa także w języku esperanto.
Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie w Białymstoku oraz Akademię Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Posiada stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. W dziedzinie muzyki jest samoukiem.
Jest laureatką GRAND PRIX i Nagrody Publiczności na Festiwalu Folkowym Polskiego Radia „Nowa Tradycja”. W 2015 roku znalazła się w oficjalnej selekcji na WOMEX - największym festiwalu World Music na świecie. Ze swą muzyką odwiedziła kilkadziesiąt festiwali w Europie, Azji i Ameryce.
 
   Zatytułowany „Marzenia i ciężar nieważkości” pokaz zaplanowany został na finał 8. Festiwalu Przygody i Podróży „Bonawentura”. Mieliśmy wielką przyjemność „kosmicznego spotkania” z gościem specjalnym Festiwalu, generałem Mirosławem Hermaszewskim, jedynym Polakiem - kosmonautą!
Świetnie przygotowany, udokumentowany wykład Generała cieszył się ogromnym zainteresowaniem słuchaczy.
Łatwość snucia opowieści, intuicja, szczypta ironii, poczucie własnej wartości, sympatia dla słuchacza, dystans - także do samego siebie i niezwykła zdolność stwarzania dobrej, sympatycznej atmosfery, ogromna wiedza - to cechy, jakie emanowały od prelegenta, który prywatne wątki swej biografii splatał z opowieścią o kolejnych etapach swego doskonalenia zawodowego.
W piękny sposób przedstawił historię trudnych początków życia, niestety pełnego bólu, okrutnego dzieciństwa czasów II wojny, tułaczki i swej największej (chyba do czasów wnuczka Stasia) pasji, jaką od najwcześniejszych lat było dla niego lotnictwo. To pasjonująca historia człowieka, który dąży do realizacji swych marzeń. W opowieści czuło się pasję do zdobywania wiedzy i podejmowania coraz to nowych, trudniejszych wyzwań. Zaczynał od lotów szybowcowych, dzięki zapałowi i wytrwałości 27 czerwca 1978 roku rozpoczął swój lot, jako pierwszy polski kosmonauta. Spędził 8 dni w rosyjskiej stacji orbitalnej „Salut 6”, uczestnicząc w kilku eksperymentach naukowych.
   Nagrodą za lata przygotowań i wszelkie poniesione trudy był widok Ziemi z kosmosu. Przecudny wschód słońca, dużo błękitu i bieli. Z rozmarzeniem mówił: „Myślałem: „jak to jest? Dopiero 90 minut, a już widziałem zachód słońca, noc, wschód, dzień… to jakby cała doba”. Widziałem też cztery pory roku. To 90 minut i cały rok”.
Wykład Generała został przyjęty owacjami na stojąco.
    W holu można było nabyć autobiograficzną książkę Mirosława Hermaszewskiego: „Ciężar nieważkości. Opowieść pilota-kosmonauty”, i uzyskać napisany znamiennym, srebrnym - kosmicznym flamastrem, nietuzinkowy autograf. Następni słuchacze, chętni do zdobycia wpisu Generała, stojący w długiej kolejce, robili pamiątkowe zdjęcia osobom siedzącym właśnie przy stoliku przygotowanym na scenie dla festiwalowych gości.
 
   Festiwalowi towarzyszyła przepiękna wystawa fotograficzna „Pasterskie życie w Tuszetii” autorstwa Magdaleny Konik, eksponowana na piętrze budynku Sokoła.
Także w tym roku zadbano również o strawę nie tylko dla duszy i umysłu. Tradycyjnie już atrakcją były „wędrujące w koszyku po linie” nad ulicą Batorego, pyszne pierogi wyrabiane w sąsiedzkiej Pracowni Pieroga - firmie Amar.
   Tegoroczne festiwalowe spotkania potwierdziły wielką potrzebę tego typu „podróżowania”. I dobrze się stało, że przygody i podróże zadomowiły się w Starym Sączu, świetnie się tu mają i dzięki doskonałej organizacji i atmosferze, uczestnicy i festiwalowa publiczność, chętnie stawią się tu znów za rok!
Jolanta Czech
 
Interaktywna Polska
Webmaster: Jan Czech